poniedziałek, 11 czerwca 2012

Fawzia Koofi - Listy do moich córek. Między terrorem a nadzieją

 
Są kraje, w których matki po porodzie nie cieszą się z nowo narodzonego maleństwa. Na jego widok odwracają wzrok, odmawiają nakarmienia i matczynej czułości. Powód? Niemowlę okazuje się być płci żeńskiej, to tylko dziewczynka, dziecko drugiej kategorii. Czy jest szansa, że w Afganistanie, kraju, w którym wciąż jeszcze lepiej urodzić się chłopcem równouprawnienie kobiet przestanie być fikcją a one same osiągną społeczną sprawiedliwość?
 Fawzia Koofi urodziła się jako dziewiętnaste dziecko Abdula Rahmana, posła w afgańskim parlamencie reprezentującego ludność prowincji Badachszan. Jej matką była jedna z siedmiu żon ojca - Bibi Jan, która początkowo nie mogąc pogodzić się z faktem, że wydała na świat kolejną dziewczynkę, nie chciała nawet na nią spojrzeć. Z czasem jednak uprzedzenie ustąpiło wielkiej matczynej miłości i to właśnie Fawzia stała się jej ukochanym dzieckiem. Początkowo rodzina wiodła dostatnie, szczęśliwe życie jednak tragiczne losy Afganistanu obróciły radość w kruchy pył.
 
 Ciąg dalszy zapraszam

środa, 6 czerwca 2012

Paul Theroux, Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki


Theroux sprawia wrażenie człowieka mającego o sobie dość wysokie mniemanie, choć nie można powiedzieć, żeby ta opinia była całkiem bezzasadna; jednocześnie autor jest tego świadomy i sam o sobie pisze z rozbrajającym dystansem. Jest rzetelny i szczery, oczytany i inteligentny, poważnie podchodzi do swoich przedsięwzięć (nauczony doświadczeniem z azjatyckiej wyprawy, planując nową podróż, poduczył się hiszpańskiego, bo nie chciał już być takim ignorantem). Trochę z ironią, trochę z wyższością, trochę z ciekawością notuje spostrzeżenia zwykłego człowieka, który wpadł na zupełnie fantastyczny pomysł: przejechać Ameryki przesiadając się z jednego pociągu do drugiego.

Autor nie ma w sobie zbyt wiele z typowego poszukiwacza przygód: przy okazji któregoś z noclegów skarży się, że szum fal nie pozwalał mu zasnąć przez pół nocy. Ale to sprawia, że jego relację czyta się większym zainteresowaniem, a niekiedy nawet rozbawieniem, bo jest bliższa przeciętnemu zjadaczowi chleba: Theroux chce się wyspać, boi się o siebie, narzeka na brud i brak prywatności, nie ma ochoty próbować miejscowych przysmaków oblezionych przez muchy (Z domu wyjeżdżałem w podniosłym nastroju, ale nie byłem żadnym odkrywcą: podróż miała dostarczać radości, a nie być próbą wytrzymałości czy cierpliwości). Czasem się zastanawia, po co w ogóle wyruszył – rzadko śledzimy takie rozterki w książkach podróżniczych (ale zaniepokojonych spieszę upewnić, że skargi nie są jedynym składnikiem tej historii). Jednocześnie pisarz pokonuje długą drogę z Massachusetts do Esquel w Patagonii, obserwuje, rozmawia, portretuje. Książka jest olbrzymim zbiorem scenek rodzajowych, krótkich wycinków z życia, krajobrazów uchwyconych z perspektywy okna wagonu. I choć miejscowi ciągle proponują mu autobus, czasem nawet samolot – bo szybciej, taniej, bezpieczniej, sensowniej – Theroux uparcie trzyma się swojego projektu, bo warto pojechać pociągiem, jeśli człowiek pragnie zrozumieć. Tak podróżują najbiedniejsi, najzwyklejsi, tu jest istota kraju.

środa, 30 maja 2012

Laska Nebeska - Mariusz Szczygieł - felietony nie tylko o filmach

Zastanawiałem się czy można potraktować tę książkę jako reportaż... Ale im dłużej myślę tym bardziej wydaje mi się, że tak. Felietony znane z gazety wybiórczej gdzie towarzyszyły filmom wydawanym w serii "czeskiej" plus kilka nowych króciutkich tekstów. I jak to u Pana Mariusza - humor, odrobina refleksji i świetny lekki język. Jest kawałek historii, ale też troszkę o własnych obserwacjach i obrazki z życia społecznego. Do tego świetne i klimatyczne zdjęcia Frantiszka Dostala. Przeczytać warto - rekomendacja nie tylko dla czechofilów!
Więcej przeczytacie na Notatniku kulturalnym.
Robert

sobota, 26 maja 2012

Duch Indii w słowach zamknięty - "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii" - Paulina Wilk

Panorama Indii - z kolejnych stron wyłania się kolejny jej fragment. Paulina Wilk  uchwyciła i zamknęła w swych słowach ducha Orientu, niczym czarodziejska lampa legendarnego dżina. Duch ten jednak nie spełnia życzeń; jego domeną jest kuszenie oraz przerażanie. Uwodzi on egzotycznym pięknem krajobrazu, paletą jaskrawych, nasyconych barw kobiecych sari oraz zapachami kardamonu, kminku czy curry roznoszącymi się w zamożnych domach w porze obiadu; przeraża natomiast nędzą slamsów, wszechobecnym brudem i cierpieniem żebraków. A wszystko to jednocześnie, nierozerwalnie ze sobą sprzężone i wzajemnie się uwydatniające. Naturalne, nieokiełznane i nie dające się zbalansować.  Takie właśnie są Indie ukazane w reportażu Wilk.    Na jeden dzień ten azjatycki tygrys schował swe ostre pazury i kły inności i potulnie pozwala nam odkrywać swoje tajemnice.
Jakie? O tym możecie przeczytać na moim blogu, gdzie serdecznie Was zapraszam:) 

piątek, 25 maja 2012

Andrzej Dybczak "Gugara"


                   
Tajga. Zimno. Na rozgrzanie herbata obficie posłodzona cukrem. I wódka. Brezentowy namiot. Cywilizacja tu nie dociera. Jedyny jej przejaw to magnetofon zasilany bateriami.

Cisza. Słychać tylko pochrapywanie ogromnego wilczura Sułtana. Czasami w oddali można usłyszeć dzwonek uwiązany na szyi renifera. Ten dźwięk w języku ewenkijskim nazywany jest gugarą.

Południowa Syberia to cel jaki wyznaczył sobie Andrzej Dybczak. Miejsce wyludnione, szare, przygnębiające, zdecydowanie nieturystyczne. A jednak pociągające : Moja młodość minęła mi na siedzeniu w lasach otaczających miejsce gdzie się wychowałem, Krynicę Górską. Czułem potrzebę rozszerzenia tego krajobrazu, znalezienia się w miejscu gdzie las ciągnie się aż po horyzont, i gdzie nie będę musiał się wkurzać na cholernych narciarzy, którzy znowu chcą wyciąć jakiś jego kawałek, żeby mieć z czego zjeżdżać. Jest tylko jedno miejsce, które jak mi się wydawało może spełnić te warunki i to była Syberia. No i jeszcze ludzie, którzy jak mi się wydawało wyrastają ze swojego krajobrazu bardziej niż my." - zwierza się w jednym z wywiadów autor.

Na doczytanie zapraszam do swojego Kącika z książkami.

piątek, 18 maja 2012

Jak się reportaży pisać nie powinno - "Rwanda" Piotr Kraśko

   Będą się sypać gromy, bo powiedzieć, że mnie ta książka zawiodła, to zdecydowanie za mało. "Rwanda" mnie zniesmaczyła; to co mi w niej zafundowano przekracza granice dobrego smaku, a jej treść i forma okazała się przeciwnie proporcjonalna do pokładanych przeze mnie w niej nadziei i oczekiwań, jakie sobie roiłam wobec lektury. 
   Nazwisko słynnego polskiego dziennikarza traktowałam jako gwarant solidnej i rzetelnej reporterskiej roboty; szczególnie w zestawieniu z taką marką, jak National Geographic, jego publikacja powinna być dopięta na ostatni guzik, dopieszczona; powinna grać i śpiewać... Byłam pewna, że dowiem się informacji, które dotąd były dla mnie nieznane, że zostaną postawione jakieś odkrywcze tezy, coś będzie wyjaśnione, jakieś mity padną... Tymczasem zonk. Książka stanowi jeden wielki zgrzyt. Mało co się tam trzyma kupy; styl kuleje, ilustracje o pomstę do nieba wołają, a ogólna całość mogłaby raczej posłużyć za wzór, jak reportażu pisać nie należy...
Dlaczego? Na całość recenzji zapraszam do mnie: Kartek szelest.

sobota, 12 maja 2012

Nagroda Kapuścińskiego dla Liao Yiwu


Nagrodę Ryszarda Kapuścińskiego dostał w tym roku Liao Yiwu za zbiór reportaży/wywiadów Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych, wydanych przez Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, w tłumaczeniu Wen Huanga (z chińskiego na angielski) i Agnieszki Pokojskiej (z angielskiego na polski). Bardzo się cieszę, bo te wywiady są naprawdę rewelacyjne, pisałam już o tym tutaj.

Zainteresowanie zarówno literaturą chińską, jak i książkami o Chinach zdaje się być ostatnio spore, natomiast książka Liao Yiwu – mam wrażenie – jest mało u nas znana i nieszczególnie popularna. Tymczasem bezwzględnie zasługuje na sławę. Nie dość, że zawiera potężny ładunek wiedzy o współczesnych Chinach, to w dodatku czyta się lepiej niż niejedna powieść. A więc zamiast sięgać po - często wątpliwej wartości – fabułę (pseudo)oChinach, naprawdę lepiej w tym czasie przeczytać Prowadzących umarłych. Może teraz, kiedy autor dostał nagrodę Kapuścińskiego, więcej ludzi o niej usłyszy i ją przeczyta. Absolutnie warto!


wtorek, 17 kwietnia 2012

Jaume Sanllorente - Uśmiechy Bombaju. Podróż do Indii zmieniła moje życie

Kiedy po przeczytaniu Trzech filiżanek herbaty, urzeczona altruizmem Grega Mortensona wobec pakistańskich dzieci, pełna ufności przetrząsałam czeluści internetu poszukując kolejnych informacji o jego dobroczynnej organizacji. Moją dociekliwość „nagrodzono” rozczarowaniem kiedy na jaw wyszły prawdziwe zamiary Mortensona, który pod przykrywką bezinteresownej pomocy nabijał dolarami własne kieszenie. Choć rozżalona nie straciłam wiary w ludzi ale też nie mogłam wyzbyć się sceptycyzmu wobec podobnych publikacji.

...


Bombaj, który zszokował autora, przeraził i mnie. Miasto widziane oczami Sanllorente nie zostawiło złudzeń. Czyhająca na każdym kroku namacalna bieda i nieodzowne ubóstwo chwytały za gardło. Słowa nie oddadzą bezmiaru cierpienia, którego doświadczają biedni, zwłaszcza najmłodsi. Bose, brudne, zawszone i dla wzbudzenia większej litości okaleczone - żebrzące o jałmużnę, lub o zgrozo sprzedane do domów publicznych kilkuletnie dzieci uzewnętrzniały okrucieństwo i piekło tego świata. 
 
....
 
 
Na całość recenzji zapraszam Tu

środa, 11 kwietnia 2012

Jacek Pałkiewicz, Syberia. Wyprawa na biegun zimna


Niesamowity człowiek, jeden z najważniejszych odkrywców XX wieku. Urodzony w 1942 roku, a więc już niemłody, a jednak nie opuszcza go energia i pasja podróżowania. Jako dziecko czytał powieści Jacka Londona i marzył o dalekich wyprawach; jako dorosły chce spróbować wszystkiego. Poznał największe dżungle i pustynie Ziemi. Kilkakrotnie wybierał się na Syberię. Odwiedzał liczne plemiona żyjące w izolacji - w tym kanibali. W 1975 roku samotnie przepłynął Atlantyk w pięciometrowej szalupie ratunkowej (44 dni). W 1996 roku odkrył źródło Amazonki. Autor wielu książek, między innymi Terra incognita, która została uznana za najlepszą książkę podróżniczą (1998). Skąd ten zapał? W książceSyberia. Wyprawa na biegun zimna pisze: Podróżujemy, choć nie ma już nie do zdobycia opróćz wiedzy o naszych możliwościach. Podróżujemy, żeby sprawdzić samych siebie (...). Chcę wiedzieć, dokąd się mogę posunąć. Gdzie są moje Kolumny Herkulesa? Czy się przy nich zatrzymam, czy pójdę krok dalej, pokonam strach, stawię czoło niebezpieczeństwu?

W swojej książce Pałkiewicz opisuje wyprawę, podczas której wraz z kilkoma towarzyszami przebył niemal 600 km na sankach ciągniętych przez renifery, w temperaturze około -50 stopni, odżywiając się jak nieliczni miejscowi (przez 500 km nie spotkali żywej duszy), śpiąc w namiocie, w którym nad ranem temperatura spadała do -35 stopni. Warto tu zauważyć, że zarówno autor, jak i jego towarzysze na co dzień mieszkają we Włoszech, więc różnica jest znaczna. Wszystko po to, by sprawdzić granice własnej wytrzymałości, pokonać siebie, zbadać możliwości adaptacyjne organizmu ludzkiego.

wtorek, 27 marca 2012

"Blondynka w Kambodży" Beata Pawlikowska

 
Tam, gdzie rzeka płynie wstecz. Mowa o rzece Mekong, która połączona jest z jeziorem Tonle Sap w Kambodży. Mekong płynie w kierunku jeziora od czerwca do października, między listopadem a majem - płynie odwrotnie.

Kambodża -  miejsce niebywale fascynujące i raczej dość nieosiągalne. Samo jezioro jest już pewnym ewenementem. Powstały bowiem na nim domy mieszkalne, mające okna, drzwi, ogródki, meble, telewizory. Wkrótce pojawiła się cała wioska rybacka, gdzie zbudowano również kościół, szkołę, bar i sklep.

Z takich ciekawostek składa się dziennik pani Beaty. I szkoda, że tylko z nich. Dziennikarka opisuje tu wrażenia, przemyślenia, zachwyty. A Kambodża z pewnością budzi zachwyt. Szczególnie świątynia Angkor Wat. Właśnie, jedna z  najsłynniejszych świątyń, zbudowana w XII wieku, ówczesne największe miasto świata, z potężnymi posągami i wieżami, gdzie po latach do opuszczonego miasta wkradła się dżungla, oplatając korzeniami drzew i przykrywając wszystko co się dało bujną roślinnością. A jednak przetrwała. Przerwała i ingerencję człowieka, i ingerencję natury. W dziennikach cały fenomen świątyni jest zaledwie liźnięty. Autorka skupia się głównie na swoich reakcjach:

"Wspinałam się na świątynię po stromych schodach, siedziałam na kamiennym słoniu, zaglądałam w oczy kamiennych lwów i dotykałam skrzydeł ptaków Garuda." 

I praktycznie na tym koniec, konie wrażeń z Kambodży, jest jeszcze przygoda z wężem, wcale jednak niebudząca lęku czy najmniejszego przerażania, ot taka wersja dla dzieci w przedszkolu. Pawlikowska opisuje też historię Czerwonych Khmerów, ale też w pigułce i w większości cytując książki innych autorów. 

Jednak "Blondynkę w Kambodży" czyta się bardzo szybko, napisana jest lekkim i przystępnym językiem, rysunki autorki są dość zabawne. Ogólnie czuję niedosyt, tak jakbym zaczęła czytać wciągający kryminał, a ktoś wyrwałby mi książkę z ręki i nie pozwolił poznać zakończenia. Kambodża jest niezwykłe fascynującym krajem, też chciałbym wspiąć się po stromych schodach świątyni, zaglądnąć w oczy lwom czy może nawet posągom Buddy, wypić piwo "Angor"czy zobaczyć wioskę na jeziorze. Tak więc moja wcześniejsza krytyka dziennika z podróży Pawlikowskiej wynika chyba raczej z zazdrości. Ot, taka to kobieca natura ;)