piątek, 16 marca 2012

„Sezon maczet” - Jean Hatzfeld

 „To było dla mnie ciekawe, zobaczyć, jak dzieci upadają bezgłośnie. To wyglądało nawet dość zabawnie.”*

      Mamy rok 1994, jest 6 kwietnia - samolot, w którym leci rwandyjski prezydent Juvén Habyariman zostaje zestrzelony co jest początkiem masakry, która zakończyła się 6 kwietnia tego samego roku. W czasie tych około stu dni zabito od 800 000 do 1 071 000 ludzi. Stawiamy sobie pytania, które często zostają bez odpowiedzi. Jak tak było można? Dlaczego? Jaki był tego cel? Czy to rzeczywiście było potrzebne? Jean Hatzfeld, francuski reporter, postanawia znaleźć odpowiedzi na to co nas nurtuje. Pierwsza jego książka „Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy” mówiła o tym, co czują Tutsi i to miał być koniec, ale czytelnicy zaczęli zadawać pytania na temat morderców - jak oni na to patrzyli. Po początkowym wahaniu postanowił porozmawiać z oprawcami. Wie, że rozmowy z nimi nie będą łatwe, ale i on chce poznać powody oraz to co czuli podczas uśmiercania sąsiadów, przyjaciół, a nawet bliskich.

      Gdy zaczynałam czytać drugą część trylogii nastawiłam się na to, że będzie mocna, a nawet czasem drastyczna – pełna opisów zbrodniarzy, którzy zabijali bez uczuć, lęku czy litości. Wiedziałam mniej więcej czego mogę się spodziewać, ale nie sądziłam, że odbiorę ją tak personalnie. Hatzfeld miał obawy przed napisaniem „Sezonu...”, bał się tego jak będzie reagował na opowieści tych, z którymi będzie rozmawiał - rozumiem go, bo na ile można zbliżyć się do mordercy? Jak z nim rozmawiać? Jak wczuć się w jego sytuację? Słuchać zwierzeń pokrzywdzonych, a tych krzywdzących, to zupełnie nie to samo.

      Czytając ten reportaż poznajemy punkt widzenia zwykłych ludzi, nauczycieli, dowódcy interahamwe i jeszcze kilku osób. Szokuje on i wprowadza taki natłok myśli, że bardzo trudno jest go uporządkować. Często w trakcie lektury zastanawiałam się jak człowiek może stać się taką bestią. Przecież co niektórzy wręcz łaknęli krwi, tego poczucia wyższości. Dla nich to było jak zwyczajna praca, jak coś co trzeba było zrobić, czuli się bezkarni bo byli pewni, że gdy masakra się skończy wrócą do życia codziennego.
     
      Od razu przyszło mi do głowy jak różnie mówią o masakrze ocaleni i mordercy.  Ci pierwsi mają problem ze wspomnieniami, ich psychika blokuje się i nie chcą zbytnio o tym rozmawiać. Za to winowajcy nie mają problemu by mówić o tym co było... Cóż, jestem tym zniesmaczona - dla mnie wypowiedzi niektórych Hutu były pewnym sposobem chwalenia się, a zapewniam, że nie było czym.
     
      Jak już wspomniałam, dla zabijających to było normalne, była to praca, którą musieli wykonać. Ignace - jeden z oprawców - mówi: „Wykonywaliśmy robotę na zamówienie. Szliśmy na ślepo za dobrą wolą wszystkich. Gromadziliśmy się na boisku w gronie znajomych i ruszaliśmy na polowanie w poczuciu bliskości.”**
     
      Francuski reporter zadawał pytania o pierwszy raz użycia maczety, o to co czuli, czy prześladują ich wspomnienia, o Boga, o to czy żałują... Tych pytań jest wiele. Stara się nie oceniać tylko stawia nas przed prawdą, nie ucina wątków, nie stara się by były łagodniejsze, a to co czytamy jest tak porażające, iż brakuje słów by skomentować wypowiedzi morderców. Przykładem jest fragment wypowiedzi Alphonse’a: „Nikt nie oszczędzał niemowląt. Zabijało się je o ściany i drzewa albo od razu ścinało.”***  A ja pytam czym zawiniły dzieci? Dalej mówił, że dzieci się nie maltretowało jak niektórych dorosłych, ale i tak ogarniał mnie szał bo to żadne wytłumaczenie... Takich fragmentów jest o wiele więcej, a my możemy tylko czytać, niedowierzać i pytać po co to wszystko było...
     
      „Sezon maczet” wstrząsa, w trakcie i po zakończeniu lektury towarzyszy nam uczucie strachu i niedowierzania. Porusza się tu temat wybaczenia, które moim zdaniem jest nieosiągalne. Ci mordercy uważali, że robili co musieli, więc to, że teraz są za to karani jest dla nich niezrozumiałe. Absurdem też dla mnie jest nagłe nawrócenie niektórych sprawców masakry - nie potrafię w nie uwierzyć. Zgadzam się za to z reporterem, że robią to tylko dla siebie - chcą mieć gdzie wrócić po odzyskaniu wolności oraz oczyścić się trochę w oczach innych. Hatzfeld próbował dociec powodów tego masowego morderstwa, ale chyba nigdy nie da się tego odkryć do końca...
     
      Reportaż ten był dla mnie ciężką przeprawą przez psychikę mordercy bez skrupułów. Niejednokrotnie potrzebowałam czasu na ochłonięcie, ale ani przez chwilę nie żałuje, że sięgnęłam po tą książkę.

*str. 28
**str. 19
***str. 134
Autor: Jean Hatzfeld
Tytuł: Sezon maczet
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 20 styczeń 2012
Liczba stron: 264

środa, 14 marca 2012

Zachować pamięć


Nie spodziewałam się takiej treści. Zanim sięgnęłam po książkę, przeczytałam, że jest reportażem o powojennych Niemczech, że pokazuje prawdę o pobitym narodzie. Jaką prawdę? Wstrząsającą.
Szwedzki korespondent opisuje stan społeczeństwa bezpośrednio po wojnie. Ludzi mieszkających w piwnicach, w wilgoci i brudzie, przymierających głodem. W zdewastowanym kraju, wśród ruin nie było żadnych warunków bytowych. Ludzi załamanych, którym "lepiej było za Hitlera". Tak po prostu. 
Zapraszam do przeczytania recenzji na Lectorium.

Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła

Wojciech Tochman (ur. 1969), polski reporter, jest autorem takich książek jak Dzisiaj narysujemy śmierć czy Schodów się nie pali. Debiutował jeszcze w liceum, a trzy lata później Hanna Krall przyjęła go do pracy w "Gazecie Wyborczej", z którą był związany przez 14 lat. Od lutego 2010 roku razem z Pawłem Goźlińskim i Mariuszem Szczygłem prowadzi w radiu audycję "Wrzenie świata" poświęconą literaturze faktu. Jego teksty przetłumaczono między innymi na angielski, francuski, włoski, niderlandzki, fiński, ukraiński i bośniacki. Książka Jakbyś kamień jadła znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike w 2003 roku.

Tym razem Tochman udaje się do Bośni, gdzie parę lat wcześniej zakończyła się wojna (1992–1995). Dr Ewa Klonowski całe dnie spędza na kompletowaniu tego, co pozostało po tysiącach mieszkańców: rozrzuconych kości, strzępów ubrań, jeśli ma dużo szczęścia – rzeczy osobistych. Wszystko po to, by zwrócić matkom, żonom, dzieciom tych, których stracili, zwykle nawet nie wiadomo jak. By dać im szansę na przeżycie żałoby po ludzku; dać grób, który można odwiedzać; dać historię. Kiedy miałam osiem lat, umarła moja babcia; pamiętam, jak prababcia powiedziała wtedy, że "Rodzice nie powinni chować swoich dzieci". Tymczasem Tochman pisze: Sąsiadka z parteru urodziła dwóch synów i dwóch chciałaby pochować. O tym tylko marzy. Czy można powiedzieć o tej rzeczywistości coś więcej? Więcej o świecie, w którym Inne matki miały więcej szczęścia: zginęły razem z dziećmi?
 

sobota, 10 marca 2012

Dom żółwia. Zanzibar

Małgorzata Szejnert
Wydawnictwo Znak, 2011

O pomyśle na trzecią od czasu pożegnania z działem reportażu „Gazety Wyborczej” książkę opowiada bez patosu. „Złowiła go” u wybrzeży Zanzibaru podczas pierwszego w życiu nurkowania, urzeczona widokiem ogromnych żółwi zielonych. Po dwóch latach pracy na granicy dziennikarstwa i dziejopisarstwa udowodniła sobie, że potrafi skorzystać ze swobody, jaką cieszą się młodsi reporterzy pisząc reportaż z daleka. Pokazała przy okazji, jak z bagatelnej inspiracji stworzyć wielowarstwową, wielogłosową i wielowątkową opowieść gęsto przetkaną cytatami z przeszłości i teraźniejszości.  

Małgorzata Szejnert sięga po wypróbowaną metodę, opowiadając o Zanzibarze tak, jak w 2009 r. o Ellis Island. Po raz kolejny ulega fascynacji obszarem pogranicznym. Wyspą, którą postrzega jako wrota do kontynentu afrykańskiego. Więcej tutaj.

środa, 7 marca 2012

W krainie Gotta

Mam wrażenie, że zaczynam pisać tę recenzję tysięczny raz. Zaczynam i porzucam po kilku zdaniach, bo wychodzi płaska i bezpłciowa, a książka jest genialna. Przyznam szczerze, do autora byłam trochę uprzedzona przez jego działalność telewizyjną. Nie to, żeby coś złego zrobił, ale jego medialny sposób bycia, jest dla mnie drażniący. W książce nie ma intonacji, akcentów i gestów, jest za to bystre oko, za którym idzie piękny język i świetna realizacja formy jaką jest reportaż. Jest tu mądrość, są ludzie, jest dramatyzm, smutek, ale i humor. „Gottland” Mariusza Szczygła jest – jak do tej pory – moim odkryciem roku i serdecznie polecam go każdemu. 
Czytaj więcej na moim blogu»

poniedziałek, 5 marca 2012

Księgarz z Kabulu

Åsne Seierstad
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009


Norweska dziennikarka Åsne Seierstad poznała tytułowego księgarza Sułtana Chana zaraz po przyjeździe do Kabulu w listopadzie 2001, tuż po wypędzeniu talibów ze stolicy. Godzinami słuchała jego opowieści o życiu pod kolejnymi reżimami, a gdy zapragnęła napisać książkę o afgańskiej rodzinie, otrzymała zaproszenie do zamieszkania w jego domu. I tak trafiła do czteropokojowego mieszkania w jednym z postkomunistycznych bloków w Mikrorejonie, zajmowanym przez rodzinę księgarza: dwie żony, dzieci, matkę i młodsze (ale dorosłe już) rodzeństwo Sułtana. Obserwowała życie codzienne, towarzyszyła księgarzowi w podróżach w interesach, wysłuchiwała opowieści członków rodziny. Nie zna języka dari, jednak kilkoro osób z rodziny mówiło po angielsku, korzystała więc z ich pomocy jako tłumaczy i opowiadaczy. Wszyscy wiedzieli, że zamieszkała z nimi, aby napisać książkę, więc jeśli woleli, by o czymś nie pisała, mówili o tym. Skończyło się jednak skandalem i sądem. Otóż, mimo że Seierstad nadała swoim bohaterom fikcyjne imiona, to Sułtan Chan był w Kabulu na tyle rozpoznawalną postacią, iż wiedziano, o kogo chodzi. Po wydaniu książki zarzucił jej przekłamania i zniesławienie, a nawet, starając się o azyl w Europie, twierdził, że z powodu książki w Afganistanie grozi mu niebezpieczeństwo.
Więcej na moim blogu. Zapraszam.


sobota, 3 marca 2012

"Dzienniki kołymskie" Jacek Hugo-Bader

Trakt kołymski - ponad 2000 kilometrowa droga, nazywana najdłuższym cmentarzem na świecie. Temperatury tak niskie, że nasza tegoroczna zima, z 20-kilku stopniowymi mrozami i tak wydaje się być luksusem. Ja bym się w taką drogę nie wybrała. Dobrze, że wybrał się za mnie Jacek Hugo-Bader i że zdał mi z niej swoją relację ;-)

Tym razem dziennikarz nie zdecydował się na samodzielny środek transportu (jak w "Białej gorączce") - marzyła mu się podróż przez trakt na motorze, wybrał jednak podróż autostopem. Dzięki niej spotkał wielu „paputczików”- towarzyszy podróży. Jak pisze, znajomości, jakie w ten sposób udaje się zawrzeć z ludźmi są wyjątkowe. Przeważnie takie spotkanie z nieznajomą osobą, z którą prawdopodobnie drogi już nigdy się nie zejdą, powoduje nagły przypływ szczerości i otwartości. Zdarza się także, że ktoś puszcza wodze fantazji i "kreuje" siebie na nowo, opowiadając historie o życiu, jakiego nigdy nie miał, ale zapewne chciałby mieć. Wszystkie te rozmowy, które przytacza w książce pokazuje wyjątkowych ludzi. Dzieli ich prawie wszystko, poza jednym - miejscem, w którym mieszkają.

Dalszy ciąg recenzji na moim blogu.

piątek, 2 marca 2012

"Ucieczka na szczyt" Bernadette McDonald

Bernadette McDonald podjęła się pokazania 20 lat polskiego zwyciężania w światowej klasy wspinaczce. Jej reportaż odświeża dawne ekspedycje, wspomina zmarłe już ikony polskiego himalaizmu, heroiczne wejścia, nowe szlaki, pierwsze zdobycia i wielkie poświęcenia. 20 lat czystej miłości do gór, zbierania funduszy, ciągły wyjazdów i poświęceń dla pasji, z którą nigdy się nie wygra. Rutkiewicz, Kukuczka, Kurtyka, Wielicki, Czerwińska, Zawada, Hajzer, Lwow i wiele, wiele innych wspaniałych ikon.

(...)

"Freedom Climbers" pokazuje, że kiedy znajdzie się w życiu coś, w czym jesteśmy dobrzy, to powinniśmy bezwzględnie się tego trzymać, walczyć z przeciwnościami, wierzyć w własne siły i dążyć do bycia jak najlepszym. Himalaistą nie może zostać każdy. To sport-życie tylko dla tych wybranych, którzy po wieloletnim przygotowaniu mają odpowiednie umiejętności, żeby poradzić sobie w drodzę na szczyt. Jak kiedyś powiedziała Rutkiewicz: "Bo tak naprawdę - w górach nikt nikomu nie pomoże. Nie weźmie na plecy i nie zniesie na dół wyczerpanego kolegi. Może jedynie zmobilizować tego drugiego, by sięgnął do swoich rezerw. Może stworzyć, być może złudne poczucie bezpieczeństwa, przywrócić wiarę we własne siły, zachęcić do dalszego działania." nikt ci nie pomoże w drodze. Chociaż każdy cię wspiera w czasie zdobywania góry jesteś zdany na siebie, musisz walczyć z samym sobą.

Po resztę recenzji zapraszam na mojego bloga.

sobota, 25 lutego 2012

„Etiopia. Ale czat!” - Martyna Wojciechowska

            „W mieszkańcach tego kraju jest też coś takiego nieuchwytnego – godność, duma...”*

            Kto z nas nie lubi podróży? Odkrywania nowych miejsc, smaków, tradycji i obyczajów... Podziwiania pięknych, kolorowych, a czasem miejsc, które pokazują prawdziwe życie... Podróżujemy głównie dla relaksu, ale są ludzie, którzy odkrywają nieznane by je nam przybliżyć... By pokazać realia, a nie to co widzimy na bilbordach czy ulotkach.


Co to jest czat?

a. poga­wędka w cyberprzestrzeni
b. pań­stwo poło­żone w cen­tral­nej Afryce
c. tle­nek węgla
d. roślina pobudzająca**

            „Etiopia. Ale czat!” jest podzielona na czternaście rozdziałów mówiących o jakiś miejscach w Etiopii, ale też o zwyczajach mieszkańców, ich sposobie bycia. Martyna prowadzi nas przez wszystkie miejsca gdzie można dotrzeć i pokazać, stara się przedstawić tak jak rzeczywiście jest. Choć mieszkańcy niechętnie pokazują biedę, wolą by ich kraj był kojarzony z pięknem i życiem „na wysokim poziomie”, „Misji Martyna” udaje się dotrzeć nawet do tak zwanych slumsów. Piękne zielone obszary, kościoły wykute w skałach, nowe plemiona i ich zwyczaje (dla niektórych oszpecanie siebie jest czymś naturalnym, wygląda się wtedy atrakcyjniej). Pozycja ta też uświadamia, że bieda jest wszędzie, fragmenty o głodnych, zamieszkujących ulice dzieciach, często nie mających rodziny przerażały: połowa mieszkańców Etiopii to dzieci do czternastego roku życia...

            Przeczytałam już parę książek o tematyce podróżniczej więc mam wyrobione  jakie takie zdanie na ten temat. Gdy sięgałam po „Etiopia. Ale czat!” oczekiwałam ciekawych opisów, interesujących,  nowych, zapierającą dech w piersiach opisach miejsc. W pewnym stopniu to dostałam, jednak było coś co mi przeszkadzało. Książki podróżnicze powinny być o opisywanym miejscu, a nie o opisujących... Momentami wydawało mi się, że opisy są o ekipie programu. Lubię gdy to co czytam mnie przyciąga, magnetyzuje, tu mi tego zabrakło. Czytałam, ale gdy musiałam odłożyć to robiłam to bez żalu. Plusem jest cała masa zdjęć, uwielbiam gdy mogę zobaczyć to co widzieli opowiadający. Na szczęście zdjęć tu nie brakowało.
            Wydanie książki jest bardzo ładnie zrobione, w ogóle cała oprawa graficzna. Twardawa okładka, ładne kartki, każdy rozdział rozpoczyna jakaś Etiopska mądrość. Jest też dużo informacji odnośnie tak zwanych „suchych faktów” co jeszcze bardziej przybliża nam Etiopię.
            Reasumując - nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Mimo słabych punktów jest to w miarę ciekawa i interesująca pozycja.

*str. 39
**okładka
Autor: Martyna Wojciechowska
Tytuł: Etiopia. Ale czat!
Wydawnictwo: G+J
Rok wdania: maj 2009
Liczba stron: 288

piątek, 17 lutego 2012

"Witajce w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym" Jennie Dielemans

Od kilku tygodni zima zagościła u nas na dobre - najpierw siarczysty mróz, teraz śnieg. Pewnie większość z nas choć przez chwilę pomyślała sobie, jak to by było miło przenieść się teraz gdzieś, gdzie jest ciepło, gdzie świeci słońce. Wyspy Kanaryjskie? Dominikana? Możemy wybrać się tam, nie ruszając z miejsca - możemy odwiedzić te miejsca oczyma Jennie Dielemans, szwedzkiej dziennikarki, która postanawia przyjrzeć się bliżej przemysłowi turystycznemu.

Osobiście jestem miłośniczką "turystyki miejskiej" - pojechanie gdzieś do nadmorskiego kurortu, do hotelu all inclusive nie jest szczytem moich wakacyjnych marzeń. Rozumiem jednak ludzi, którzy preferują ten sposób na regenerację sił: nie trzeba się podczas takiego wyjazdu o nic martwić, wszystko ma się zapewnione, posiłki podane, pokój hotelowy posprzątany. Dodatkowa atrakcja w postaci jakiejś jednodniowej wycieczki zakupionej ma miejscu sprawia, że dni nie są takie monotonne a przy okazji turysta odnosi wrażenie, że coś fajnego zobaczył, poznał lepiej kraj, do którego pojechał. No właśnie - wrażenie... Autorka "Witajcie w raju" przygląda się bliżej temu, co tak naprawdę oferuje dzisiejszy przemysł turystyczny i jakie konsekwencje dla naturalnego środowiska ma jego duży rozwój.

Nie jest zaskoczeniem to, czego możemy się z książki dowiedzieć - np. że budowa tysięcy hoteli w nadmorskich miejscowościach nie była  zaplanowana w zgodzie z wymogami ekologicznymi i w chwili obecnej stwarza duże zagrożenie dla prawidłowego funkcjonowania ekosystemu. Albo że w wielu miejscach hotele te budowane są przez nielegalnych emigrantów, których warunki życia są - mówiąc szczerze - urągające. Lub że wycieczki do "nieskażonych, naturalnych miejsc" tak naprawdę nie istnieją, wszystkie te "dziewicze zakątki" są pełne turystów i pod nich przygotowane...

Niemniej jednak historie w książce opowiedziane do chwili refleksji zmuszają. Szczególnie wartościowe są rozmowy z mieszkańcami tych wszystkich mekk turystycznych pielgrzymek oraz rozważania o samej istocie wakacji i odpoczynku. Zaciekawiła mnie także sama historia urlopu i biur turystycznych.

Myślę, że przyjemniej by się te reportaże czytało, gdyby wzbogacone zostały jakąś fotorelacją. Zdecydowanie zabrakło mi podczas lektury zdjęć obrazujących opisywane miejsca i wydarzenia. Niejednokrotnie jedno zdjęcie przemawia bardziej, niż kilka stron opisu...