Niskie zarobki, kłopoty ze zdobyciem porządnego ubrania i rozkwitająca w związku z tym sztuka samodzielnej produkcji ubiorów, brak dostępu do urozmaiconej żywności, cenzurowanie książek, które mogą być dostępne na rynku, brak lekarstw i porządnych szpitali, propaganda partyjna sącząca się z telewizorów i radia, państwo kontrolujące możliwie wiele aspektów życia obywatela, więzienie za sprzeciwianie się władzy - brzmi znajomo? Tak, niektórzy z nas to przeżyli i pamiętają, ci młodsi nieraz o tym czytali. Wspomnienia z Polski sprzed 1989 roku? Nic podobnego - to świeże wrażenia ze współczesnej Kuby.
Yoani Sánchez, trzydziestokilkuletnia Kubanka zarabiająca na życie sprzątaniem i nielegalnym oprowadzaniem turystów po Hawanie, pewnego dnia zaczęła opisywać codzienne życie w swoim kraju. Żeby umieścić swoje notatki w internecie, przekradała się do hotelu i udawała cudzoziemkę - jako Kubanka nie miałaby szans, żeby umieścić swoje zapiski w sieci. Pisała o tym, jak nie podoba jej się rzeczywistość w kraju, jak nieudolna jest władza, jak trudno żyje się na co dzień, w państwie, którego mieszkańcy nie mają dostępu do tak podstawowych - wydawałoby się - produktów, jak mleko czy mięso, gdzie władze reglamentują dostęp właściwie do wszystkiego, gdzie na czternaste piętro trzeba wchodzić piechotą, bo zepsutej windy nie ma czym naprawić. Sánchez ma umiejętność wybierania z rzeczywistości takich szczegółów, dzięki którym opisywane miejsca i zdarzenia stają przed oczami jak żywe. To wielki dar, coś absolutnie niewyuczalnego. Sánchez nie pisze o niczym nadzwyczajnym, notuje tylko to, co codziennie wokół siebie widzi. W jej tonie pobrzmiewa gorycz, zgryźliwy humor, rozczarowanie i jednoczesny bunt przeciw biedzie, przeciw poczynaniom partii, przeciw ciągłej cenzurze i przeciw przejawom rozkładu społeczeństwa.
Jest przy tym niezwykle uparta i mimo nacisków nie zamierza przestać pisać. Padają na nią absurdalne podejrzenia o działanie z ramienia CIA, musi uciekać się do coraz to nowych wybiegów i sztuczek, żeby móc się dzielić z czytelnikami swoimi obserwacjami. Choć blog zablokowano dla Kubańczyków, a jej samej zakazano wyjazdu z kraju - nie pozwolono jej odebrać żadnej z nagród, jakie otrzymała za to, co pisze na swoim blogu - nie przestaje pisać. W 2008 roku Time uznał ją za jedną ze 100 najbardziej wpływowych intelektualistów świata. Yoani Sanchez ironicznie komentuje, że jest prawdopodobnie jedyną osobą z tej listy, która myje swoje własne podłogi i brak jej pieniędzy na przejazd autobusem. Skromna kobieta, która nie ma możliwości, by wykorzystać swój dyplom filologa i zdolności informatyczne musi, okazuje się być niezwykle niezłomną osobą i nietuzinkową osobowością.
Jej blog, tłumaczony na bieżąco na kilkanaście języków, ukazał się w formie książki Cuba libre. Notatki z Hawany. Rewelacja; i mam tu na myśli zarówno styl, treść, jak i osobę autorki, która wykazuje się wielką odwagą i determinacją, by mówić światu, co dzieje się na Kubie poza strefami, które oglądają turyści.
Aperitif:
W latach osiemdziesiątych jechałam w radzieckiej lokomotywie, którą prowadził mój ojciec. Z siedzenia maszynisty zobaczyłam, że na torach, jakieś sto metrów przed nami, coś się rusza. To była krowa, przywiązana tak, że tylko łeb był na łasce pociągu. Zwierzę muczało i próbowało się wyrywać, bezskutecznie. Z niewinnością moich dziesięciu lat krzyknęłam do taty: "Zatrzymaj się! Krowa na torach!". Ale pociąg z trzydziestoma wagonami nie zatrzymuje się tak łatwo, a tym bardziej ze względu na zwierzę. Mój ojciec, ze spokojem kogoś, kto widział gorsze rzeczy na linii, wytłumaczył mi: "Nie martw się, właściciele sami je tak przywiązują, żeby zabił je pociąg i żeby mogli je zjeść. Mogą to zrobić tylko wtedy, gdy ja je przejadę". Kilka sekund później głuche uderzenie powiedziało mi, że ofiara się dokonała. Patrząc przez okno, dostrzegłam grupkę uśmiechniętych rolników, którzy biegli do martwego zwierzęcia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agawa79. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agawa79. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 stycznia 2011
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Jeżdżąc po "Jeżdżąc po cytrynach"
Jak to się mówi, "wszyscy wiedzą", że nie należy oceniać książki po okładce. Wiecie? Wiecie. Ja też wiem. Ale teoria nie przekłada się na praktykę, kiedy więc zobaczyłam taki oto sielski krajobraz, uległam czarowi okładki i wrzuciłam "Jeżdżąc po cytrynach" do koszyka, choć zasadniczo zimą zamierzałam czytać o zimie, a poza tym klimaty migracji ze zindustrializowanych części świata w części niezindustrializowane a gorące nigdy mnie nie pociągały. Chyba nawet pamiętam dokładnie, jak doszło do zakupu - ktoś mi opowiadał, jak fajnie jest w Andaluzji, na hasło "Andaluzja" zatem zadziałały u mnie pozytywne skojarzenia i książkę nabyłam, czego do dziś serdecznie żałuję.
Przepis Chrisa Stewarta na wspomnienia jest prosty i dobrze znany: jestem na wsi gdzieś na skraju Europy, to teraz jeszcze zrobię z siebie głupka i będzie śmiesznie (taka bowiem formuła kryje się pod okładkową zachętą wyrażoną słowami "urocza opowieść"). Nie od dziś wszak wiadomo, że ludzie najbardziej lubią te książki, które już znają. Nie pamiętam, kto jest autorem receptury na bestseller w stylu "rzucam wszystko w diabły i przenoszę się na francuską/ włoską/ hiszpańską wieś, a potem opisuję zmagania z tubylcami, fauną, florą i biurokracją", ale że receptura okazała się skutecznym środkiem spęczniającym konto autora, to nic dziwnego, że znaleźli się naśladowcy. Wróćmy jednak do Stewarta - otóż, przedstawiając siebie jako osobę niezbyt rozgarniętą i inteligentną, Stewart opisuje, jak agentka nieruchomości wrobiła go w kupno domu po złej stronie rzeki i w dodatku z lokatorami, jak świni bić nie umiał, ale się nauczył, a przed założeniem kurzej fermy kurę widział chyba jedynie na obrazku (takie w każdym razie chce sprawić wrażenie). Sprawnie za to strzygł owce, więc choć niektórzy pomstowali, że gwałci świętą tradycję niestrzyżenia owiec, to jednak udało mu się przekonać tych, którzy pomstować nie zamierzali, do cyklicznego pozbawiania owiec wełny. Głów kogutów jeść nie chciał, ale jadł, żeby się wydawać bardziej macho i żeby nie najeść się zamiast koguta - wstydu przed sąsiadami testosteronu pełnymi. To, jak Chris et consortes znaleźli się w Andaluzji i po co, to nieważne albo nie nasz czytelniczy interes, więc tego się nie dowiemy.
Nie wiem o Andaluzji ani wiele więcej, ani wiele mniej, niż przed zetknięciem się ze wspomnieniami Stewarta. Podobał mi się jedynie opis pogoni za wodą podczas nawadniania pól oraz relacja ze chrzcin córki Chrisa i Anny, żony, kiedy to na wspólne świętowanie zebrali się ich andaluzyjscy przyjaciele i znajomi. Zapamiętam też próby przyrządzenia angielskiej herbaty w puszkach po rybie w oleju. Apelowałabym jednak do przyszłych autorów, aby nie pisać, na litość boską, wymyślonych post factum dialogów; to się nie udaje prawie nigdy i nikomu. Byłabym także wdzięczna, gdyby nie podawać charakterystyk, które nic nie wnoszą i są nieprawdziwe, bo przeczą same sobie - ta sama osoba na górze strony snuje egzaltowane wynurzenia, a na dole podkreśla własną twardość i nieczułość. Co by na to rzekła Wikipedia?
Tytuł "Jeżdżąc po cytrynach. Optymista w Andaluzji" odszyfrowuje się następująco: pierwszy człon to aluzja do drzew cytrynowych upuszczających obfitość swych owoców na drogi, którymi czasem trzeba przejechać. Drugi człon natomiast jest chyba tylko po to, żeby był i ładnie wyglądał (bo wygląda ładnie, obiecująco i wabiąco, prawda?); sensu ni związku z treścią nie ma żadnego.
A końcowa rada dobrej cioci brzmi: domniemanego optymistę, jego cytryny, owce i kury należy omijać z dala. Niniejsze ostrzeżenie nie dotyczy rzecz jasna nikogo, kto lubi książki źle napisane i jeszcze gorzej przetłumaczone.
PS Wersję beta niniejszej notki umieściłam na moim blogu, ale możecie ją spokojnie ominąć.
Przepis Chrisa Stewarta na wspomnienia jest prosty i dobrze znany: jestem na wsi gdzieś na skraju Europy, to teraz jeszcze zrobię z siebie głupka i będzie śmiesznie (taka bowiem formuła kryje się pod okładkową zachętą wyrażoną słowami "urocza opowieść"). Nie od dziś wszak wiadomo, że ludzie najbardziej lubią te książki, które już znają. Nie pamiętam, kto jest autorem receptury na bestseller w stylu "rzucam wszystko w diabły i przenoszę się na francuską/ włoską/ hiszpańską wieś, a potem opisuję zmagania z tubylcami, fauną, florą i biurokracją", ale że receptura okazała się skutecznym środkiem spęczniającym konto autora, to nic dziwnego, że znaleźli się naśladowcy. Wróćmy jednak do Stewarta - otóż, przedstawiając siebie jako osobę niezbyt rozgarniętą i inteligentną, Stewart opisuje, jak agentka nieruchomości wrobiła go w kupno domu po złej stronie rzeki i w dodatku z lokatorami, jak świni bić nie umiał, ale się nauczył, a przed założeniem kurzej fermy kurę widział chyba jedynie na obrazku (takie w każdym razie chce sprawić wrażenie). Sprawnie za to strzygł owce, więc choć niektórzy pomstowali, że gwałci świętą tradycję niestrzyżenia owiec, to jednak udało mu się przekonać tych, którzy pomstować nie zamierzali, do cyklicznego pozbawiania owiec wełny. Głów kogutów jeść nie chciał, ale jadł, żeby się wydawać bardziej macho i żeby nie najeść się zamiast koguta - wstydu przed sąsiadami testosteronu pełnymi. To, jak Chris et consortes znaleźli się w Andaluzji i po co, to nieważne albo nie nasz czytelniczy interes, więc tego się nie dowiemy.
Nie wiem o Andaluzji ani wiele więcej, ani wiele mniej, niż przed zetknięciem się ze wspomnieniami Stewarta. Podobał mi się jedynie opis pogoni za wodą podczas nawadniania pól oraz relacja ze chrzcin córki Chrisa i Anny, żony, kiedy to na wspólne świętowanie zebrali się ich andaluzyjscy przyjaciele i znajomi. Zapamiętam też próby przyrządzenia angielskiej herbaty w puszkach po rybie w oleju. Apelowałabym jednak do przyszłych autorów, aby nie pisać, na litość boską, wymyślonych post factum dialogów; to się nie udaje prawie nigdy i nikomu. Byłabym także wdzięczna, gdyby nie podawać charakterystyk, które nic nie wnoszą i są nieprawdziwe, bo przeczą same sobie - ta sama osoba na górze strony snuje egzaltowane wynurzenia, a na dole podkreśla własną twardość i nieczułość. Co by na to rzekła Wikipedia?
Tytuł "Jeżdżąc po cytrynach. Optymista w Andaluzji" odszyfrowuje się następująco: pierwszy człon to aluzja do drzew cytrynowych upuszczających obfitość swych owoców na drogi, którymi czasem trzeba przejechać. Drugi człon natomiast jest chyba tylko po to, żeby był i ładnie wyglądał (bo wygląda ładnie, obiecująco i wabiąco, prawda?); sensu ni związku z treścią nie ma żadnego.
A końcowa rada dobrej cioci brzmi: domniemanego optymistę, jego cytryny, owce i kury należy omijać z dala. Niniejsze ostrzeżenie nie dotyczy rzecz jasna nikogo, kto lubi książki źle napisane i jeszcze gorzej przetłumaczone.
PS Wersję beta niniejszej notki umieściłam na moim blogu, ale możecie ją spokojnie ominąć.
środa, 5 stycznia 2011
Agawa podejmuje wyzwanie
Zdążyłam już zapomnieć, dzięki komu odkryłam to wyzwanie, ale bardzo temu komuś dziękuję (pamiętam, że ta osoba sama weźmie udział w wyzwaniu i... że aktualnie czyta Mary Roach. Może sama się zidentyfikuje? ;)).
Zastanawiam się, czy jestem uczciwa, pisząc o udziale w blogowaniu okołoreportażowym jako o "wyzwaniu". Beletrystyki nie czytam już właściwie wcale, a odkąd porzuciłam literaturę piękną, reportaże i książki podróżnicze (literatura bynajmniej nie "niepiękna") towarzyszą mi bardzo często, więc zobowiązanie się do przeczytania sześciu książek z tego gatunku trudno mi uznać za wyzwanie samo w sobie. Wiem, że jedną z zasad wyzwania jest umieszczenie listy pozycji już przeczytanych, ale obawiam się, że to zadanie, które mnie przerośnie. Mogę wymienić kilka, ale wszystkie? Chyba nie dam rady, tyle tego było... O niektórych książkach pisałam u siebie, ale obawiam się, że więcej przeczytałam, niż opisałam. I to jest właśnie punkt, który będzie dla mnie prawdziwym wyzwaniem - dzielić się refleksjami ze wszystkiego, co czytam. "Udział w wyzwaniu czytelniczym jako metoda walki z lenistwem" - dobrze to brzmi? ;)
Leży przede mną całkiem spora sterta lektur podróżniczych i reportaży do przeczytania i omówienia. Jeszcze nie ostygła po czytaniu Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła ziemi Laurence'a Bergreena. Tytuł mówi sam za siebie i nie jest ani trochę przesadzony. Napiszę o niej, jak tylko dostanę i przeczytam dziennik Pigafetty, kronikarza pierwszej wyprawy dookoła świata.
Na zrecenzowanie czeka też dość przygnębiający obraz Polski pozawarszawskiej Włodzimierza Nowaka Serce narodu koło przystanku.
Z tej samej kupki mam jeszcze Wytępić całe to bydło szwedzkiego dziennikarza, podróżnika i badacza historii kontynentu afrykańskiego, Svena Lindqvista.
Aktualnie kończę Razem na bieguny, opowieść Marka Kamińskiego o marszach, w których wziął udział Janek Mela, najmłodszy podróżnik, który zdobył oba bieguny w tym samym roku; o nich też chcę napisać parę słów.
Razem z dzieckiem czytamy sobie na głos Rowerem i pieszo przez czarny ląd Kazimierza Nowaka - w latach trzydziestych autor zbioru reportaży przemierzył Afrykę z północy na południe i z południa na północ, poruszając się głównie na własnych nogach i na psującym się okresowo rowerze. Trochę to potrwa, zanim skończymy, ale lektura pierwszorzędna!
Górka do przeczytania natomiast składa się z następujących publikacji:
Zrób sobie raj Mariusza Szczygła. Od czasów Gottlandu kocham go szczerze i mam nadzieję, że i tym razem się nie zawiodę.
Córka polarnika Kari Herbert. Znajoma donosi, że to mrożąca krew w ciele historia o tym, jak polarnik zabrał żonę polarnika i dziesięciomiesięczną córkę polarnika w miejsce, gdzie jest BARDZO ZIMNO.
Jeżdżąc po cytrynach. Optymista w Andaluzji Chrisa Stewarta. Były członek grupy Genesis zmienił zawód z muzyka na postrzygacza owiec. Zobaczymy, co z tego wynikło.
Za grosze pracować i (nie) przeżyć Barbary Ehrenreich. O biednych ludziach w bogatym (hm, teraz już chyba raczej ex-bogatym) kraju. Chętnie podparłabym tę lekturę czymś napisanym już po rozpoczęciu światowego kryzysu - będę wdzięczna za pomysły i inspiracje.
Miasto - morderca kobiet Marca Fernandeza i Jean-Christophera Rampala. Reportaż z miasta, w którym można mordować i pozostać bezkarnym.
Strategia antylop Jeana Hatzfelda. Rwandyjski krwawy konflikt między Tutsi i Hutu widziany oczami ofiar i zabójców.
Uśmiech Pol Pota Petera Froeberga Idlinga. Kambodża, Czerwoni Khmerzy, tyran.
Sięgnę też pewnie po zaległego Tochmana i Jagielskiego...
Znając własną podatność na wpływy, podczas czytania wyzwaniowych recenzji zdążę pewnie piętnaście razy zmienić zdanie co do listy. Pozdrawiam wszystkich i do przeczytania! A na początek - zapraszam do przeczytania moich impresji z zapisków z prawie rocznego pobytu niejakiego Guya Grieve'a na Alasce - Zew natury (do przeczytania samych zapisków zachęcam równie gorąco). Autor wprawdzie irytował mnie porządnie, ale książka była tak wciągająca, że tekst tylko śmigał przed oczami i w pełni łagodził nie najlepsze wrażenie, jakie zrobił na mnie pan Grieve. Książka przeczytana i opisana tuż przed odkryciem wyzwania, ale może kogoś zainteresuje.
A organizatorce Mooly dziękuję za organizację. :)
Zastanawiam się, czy jestem uczciwa, pisząc o udziale w blogowaniu okołoreportażowym jako o "wyzwaniu". Beletrystyki nie czytam już właściwie wcale, a odkąd porzuciłam literaturę piękną, reportaże i książki podróżnicze (literatura bynajmniej nie "niepiękna") towarzyszą mi bardzo często, więc zobowiązanie się do przeczytania sześciu książek z tego gatunku trudno mi uznać za wyzwanie samo w sobie. Wiem, że jedną z zasad wyzwania jest umieszczenie listy pozycji już przeczytanych, ale obawiam się, że to zadanie, które mnie przerośnie. Mogę wymienić kilka, ale wszystkie? Chyba nie dam rady, tyle tego było... O niektórych książkach pisałam u siebie, ale obawiam się, że więcej przeczytałam, niż opisałam. I to jest właśnie punkt, który będzie dla mnie prawdziwym wyzwaniem - dzielić się refleksjami ze wszystkiego, co czytam. "Udział w wyzwaniu czytelniczym jako metoda walki z lenistwem" - dobrze to brzmi? ;)
Leży przede mną całkiem spora sterta lektur podróżniczych i reportaży do przeczytania i omówienia. Jeszcze nie ostygła po czytaniu Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła ziemi Laurence'a Bergreena. Tytuł mówi sam za siebie i nie jest ani trochę przesadzony. Napiszę o niej, jak tylko dostanę i przeczytam dziennik Pigafetty, kronikarza pierwszej wyprawy dookoła świata.
Na zrecenzowanie czeka też dość przygnębiający obraz Polski pozawarszawskiej Włodzimierza Nowaka Serce narodu koło przystanku.
Z tej samej kupki mam jeszcze Wytępić całe to bydło szwedzkiego dziennikarza, podróżnika i badacza historii kontynentu afrykańskiego, Svena Lindqvista.
Aktualnie kończę Razem na bieguny, opowieść Marka Kamińskiego o marszach, w których wziął udział Janek Mela, najmłodszy podróżnik, który zdobył oba bieguny w tym samym roku; o nich też chcę napisać parę słów.
Razem z dzieckiem czytamy sobie na głos Rowerem i pieszo przez czarny ląd Kazimierza Nowaka - w latach trzydziestych autor zbioru reportaży przemierzył Afrykę z północy na południe i z południa na północ, poruszając się głównie na własnych nogach i na psującym się okresowo rowerze. Trochę to potrwa, zanim skończymy, ale lektura pierwszorzędna!
Górka do przeczytania natomiast składa się z następujących publikacji:
Zrób sobie raj Mariusza Szczygła. Od czasów Gottlandu kocham go szczerze i mam nadzieję, że i tym razem się nie zawiodę.
Córka polarnika Kari Herbert. Znajoma donosi, że to mrożąca krew w ciele historia o tym, jak polarnik zabrał żonę polarnika i dziesięciomiesięczną córkę polarnika w miejsce, gdzie jest BARDZO ZIMNO.
Jeżdżąc po cytrynach. Optymista w Andaluzji Chrisa Stewarta. Były członek grupy Genesis zmienił zawód z muzyka na postrzygacza owiec. Zobaczymy, co z tego wynikło.
Za grosze pracować i (nie) przeżyć Barbary Ehrenreich. O biednych ludziach w bogatym (hm, teraz już chyba raczej ex-bogatym) kraju. Chętnie podparłabym tę lekturę czymś napisanym już po rozpoczęciu światowego kryzysu - będę wdzięczna za pomysły i inspiracje.
Miasto - morderca kobiet Marca Fernandeza i Jean-Christophera Rampala. Reportaż z miasta, w którym można mordować i pozostać bezkarnym.
Strategia antylop Jeana Hatzfelda. Rwandyjski krwawy konflikt między Tutsi i Hutu widziany oczami ofiar i zabójców.
Uśmiech Pol Pota Petera Froeberga Idlinga. Kambodża, Czerwoni Khmerzy, tyran.
Sięgnę też pewnie po zaległego Tochmana i Jagielskiego...
Znając własną podatność na wpływy, podczas czytania wyzwaniowych recenzji zdążę pewnie piętnaście razy zmienić zdanie co do listy. Pozdrawiam wszystkich i do przeczytania! A na początek - zapraszam do przeczytania moich impresji z zapisków z prawie rocznego pobytu niejakiego Guya Grieve'a na Alasce - Zew natury (do przeczytania samych zapisków zachęcam równie gorąco). Autor wprawdzie irytował mnie porządnie, ale książka była tak wciągająca, że tekst tylko śmigał przed oczami i w pełni łagodził nie najlepsze wrażenie, jakie zrobił na mnie pan Grieve. Książka przeczytana i opisana tuż przed odkryciem wyzwania, ale może kogoś zainteresuje.
A organizatorce Mooly dziękuję za organizację. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)