niedziela, 2 września 2012

Dzisiaj narysujemy śmierć - Wojciech Tochman, czyli dlaczego o tym czytać?

Tyle już napisano już o tej książce - również w tym wyzwaniu. Ale mimo tego, że na pewno jest to lektura, która nie daje o sobie zapomnieć, wyjątkowa, to można mieć do niej również pewne uwagi. I właśnie nimi chciałbym się z Wami podzielić.

Książka wstrząsająca i nie pozwalająca by zapomnieć. Oglądając informacje z całego świata często obojętniejemy. Dziesiątki, setki, czy tysiące ofiar. Co za różnica? Dziś jesteśmy wstrząśnięci, ale jutro inna tragedia przyćmi to co nas poruszyło. Zapomnimy, bo tak działa nasz mózg. Pozbyć się nadmiaru. Jednak Tochman nie daje zapomnieć. 
...
Autor rzeczywiście stara się być jedynie tym, który zapisuje, często nawet nie zadaje pytań. Słucha. Ale jest rozdział, który prawdę mówiąc trochę mnie zadziwił, tak był odmienny w tonie od całej reszty. To fragment gdy Tochman przygląda się reakcji Kościoła na to co się działo. Być może to moje subiektywne wrażenie, ale nagle ulewa w nim się tyle złości, że posuwa się nie tylko do oskarżeń i dziwnych sugestii, ale nawet do bluźnierczo brzmiących linijek gdy najświętszy sakrament w tabernakulum przyrównuje do obecności diabła. Poetycka metafora? Może - chciał w ten sposób zaakcentować swój sprzeciw wobec tego, że ci którzy mordowali przystępują do komunii gorsząc swoje ofiary? Może chciał nas sprowokować aby zadać pytanie czy zwalenie winy na szatana, który prowadził ich umysły i serca, może być przyjęte jako usprawiedliwienie. Ale i tak dziwnie się to mi czytało. Nie oskarża w swej książce tak mocno nikogo - ani morderców, ani polityków, ani międzynarodowych sił rozjemczych, które nie kiwnęły palcem. Oskarża tylko duchowieństwo - o obojętność, ucieczkę, brak reakcji, ale też o podburzanie tłumów do mordowania. Na drugiej szali przytacza tylko jeden przykład ratowania i poświęcenia życia przez duchownych.
Dziwne. Rozumiem, że dziennikarze GW wyrastają w atmosferze "dokopania" za wszelką cenę Kościołowi, ale niech się bawią w to w swojej gazecie. Czemu również w książce Tochman nie może się uwolnić od swoich uprzedzeń i przestaje być obiektywny woląc uwierzyć cynicznemu wojskowemu, który zgadza się na rozmowę (przyznaje się m.in. do tego, że robili sobie zdjęcia przy zakopywaniu trupów, aby nikt ich później nie oskarżał o bezczynność), niż duchownemu, który nie chce o tym rozmawiać (gdyby to on robił sobie takie zdjęcia pewnie to też byłby dowód przeciw niemu, ale wojskowemu przecież można wybaczyć). Tchórzostwo? Do cholery! A kto wtedy miał odwagę być bohaterem? Tochman ma współczucie dla czarnoskórej ofiary gwałtu i nie pyta ją o nic, ale oczekuje, że zgwałcone siostry zakonne będą mu chętnie opowiadały o tym co przeżyły?
Warto przeczytać - nawet jeżeli kogoś podobnie jak i mnie zdziwi albo oburzy ton w jakim napisany jest ten jeden rozdział. Warto sobie stawiać różne pytania. Nawet jeżeli odpowiedzi nie zawsze udzielimy identycznych. Ta książka (znowu oprócz tego jednego rozdziału) to nie jest oskarżenie. Raczej świadectwa zebrane z różnych źródeł - cierpienie, ból, gorycz, chęć zapomnienia, albo brak umiejętności normalnego życia. I na tym warto się skupić - wtedy nie bije tak w oczy subiektywna ocena niektórych wydarzeń i punkt widzenia autora.
Ja mogę powiedzieć tylko szkoda. Bo ten ton jednego rozdziału okazuje się, dla wielu osób najbardziej wart zapamiętania. Niechęć do Kościoła narasta, a do tego co napisał autor potem dokłada się wyolbrzymiając kolejne okropieństwa. Chcecie przykładu? Tochman pisze o Pallotynach, którzy nie potrafili nic zrobić, uciekli i zabarykadowali się w swoim domu gdy przed ich kościołem mordowano ludzi, ale można znaleźć np. takie recenzje opisujące ten sam fragment książki:   
"Tochman dotarł nawet do polskich misjonarzy, którzy nawracali prymitywnych Rwandyńczyków z drogi zła na drogę wiary w Jezusa. Sami przychylili się do mordów, nie pomogli ofiarom w ucieczce czy w schronieniu. Nikt z dostojników kościelnych nie chce rozmawiać z pisarzem, fakty zostały ukryte i wymazane. Mury kościelne skrywają prawdę ociekającą ludzką krwią. W imię czego?".
I to jest też ważne pytanie. Po co i w imię czego przymykać oczy na bezradność i obojętność mediów, polityków, wojska (również międzynarodowego), a oskarżać tylko Kościół? Tragedia w Rwandzie domaga się pytań, ale warto by nie były one wybiórcze.

Pełna recenzja tutaj.

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz

Jeśli macie ochotę na książkę łatwą, miłą i przyjemną - lepiej trzymajcie się z daleka od reportażu Swietłany Aleksijewicz. Jeśli natomiast chcecie spojrzeć z innej strony na II wojnę światową i ujrzeć ją oczami kobiet, które walczyły w Armii Czerwonej - przeczytajcie.

Większość relacji wojennych, jakie znamy (przynajmniej tych, które ja znam), pochodzą od mężczyzn. Nieliczne kobiety, które się w tych opowieściach przewijają, najczęściej  pracowały w szpitalach polowych. Ale nie spotkałam się wcześniej z relacjami kobiet, które walczyły na pierwszej linii frontu, które były strzelcami, czołgistkami, artylerzystkami, snajperami czy lotnikami. W "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" takich opowieści jest kilkadziesiąt.

Autorce zależało, żeby odszukać i porozmawiać o wojnie z kobietami-żołnierkami, chciała poznać ich wspomnienia i zrozumieć emocje, które im towarzyszyły. Początkowo łatwo nie było - wiele kobiet nie chciało z nią rozmawiać. Wiele po prostu nie umiało o wojnie mówić - nikt wcześniej z nimi na ten temat nie rozmawiał, zakazywano im opowieści frontowych, zamykano im usta. O ile z wielu mężczyzn walczących na wojnie zrobiono bohaterów, o tyle w przypadku kobiet dla wielu taka frontowa przeszłość była problemem i obciążeniem.

Bohaterki książek bardzo się od siebie różnią, pochodzą z różnych zakątków ZSRR, różnie wyglądało ich przedwojenne życie. Ale jedno je łączy: zdecydowały się na ochotnika zaciągnąć do armii. I - co mnie zaskoczyło - czytając te wspomnienia wydaje się, że one rzeczywiście bardzo tego chciały, że to nie jest efekt propagandy, udawanie. Szły na wojnę, bo tak trzeba było ich zdaniem w tamtej chwili postąpić. Szły mając mętne wyobrażenie o tym, co je na tej wojnie czeka. 

Dostawały parę za dużych męskich butów i mundur. Szybko zapominały o swej kobiecości. Patrzyły na wojnę nieco inaczej niż ich koledzy - przez pryzmat kolorów, zapachów, emocji. Często same sobie chciały udowodnić, że one też mogą walczyć (często musiały też udowodnić to swoim przełożonym). jest w tych wspomnieniach coś niesamowitego, dlatego warto po tę lekturę sięgnąć. Choć nie ukrywam, że czyta się bardzo ciężko, że wiele razy miałam ochotę książkę odłożyć na bok i już do niej nie wracać. Ale wróciłam. I nie żałuję.

"Farby wodne" Lidia Ostałowska

Obóz koncentracyjny w Auschwitz-Birkenau kojarzy się przede wszystkim z zagładą Żydów, choć był miejscem, w którym znaleźli się także liczni przedstawiciele innych nacji. Jedynymi z bardziej pokrzywdzonych byli Romowie - i to jest jeden z głównych problemów poruszanych w "Farbach wodnych".

"Farby wodne" to reportaż o Dinie Gottliebovej - młodej Żydówce czeskiego pochodzenia, która w 1943 roku trafia do obozu. Dina była studentką akademii sztuk pięknych. Kiedy znalazła się w Auschwitz, miała malować numery na blokach. Wymalowała także jedną ze ścian - namalowała na niej Disneyowską Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków, by dzieci przebywające w obozie choć na chwilę mogły oderwać się od otaczającej ich rzeczywistości i przenieść się w kolorowy świat bajki. Jej talent został wykorzystany przez władze obozu - doktor Mengele, przeprowadzający odrażające eksperymenty na uwięzionych w obozie (to naprawdę bulwersujące, że taki człowiek uniknął jakiejkolwiek odpowiedzialności za swe czyny) poprosił ją, by malowała portrety "badanych" przez niego Cyganów. Jej akwarele były bowiem dokładniejsze, niż ówczesne fotografie. Dzięki temu zajęciu, Dinie udało się przeżyć.

Po wojnie wyjechała do Stanów, wyszła za mąż za Arta Babbitta, rysownika Disneyowskiego, sama też pracowała w owej sławnej wytwórni. Jej akwarele natomiast najpierw trafiły do jednego z uratowanych z Oświęcimia dzieci, następnie zaś zostały przekazane władzom muzeum KL Auschwitz-Birkenau. Dina w połowie lat 90-tych zażądała zwrotu namalowanych portretów i przez lata toczyła spór z muzeum. W dużej części reportaż Ostałowskiej dotyka właśnie tego problemu: kto jest prawowitym właścicielem portretów? Czy są one dowodem zbrodni i "dobrem wspólnym"? Czy powinny trafić do autorki/jej potomków? Osobiście uważam, że obrazy powinny pozostać z muzeum, że ważne jest by zachować zbiorową pamięć o wszystkim, co się tam wydarzyło. No ale zdanie w tej kwestii to rzecz indywidualna :-)

"Farby wodne" z pewnością nie są łatwą i przyjemną lekturą na upalne lato. Ale jak już aura stanie się przyjaźniejsza, to myślę, że warto po reportaż sięgnąć. Język, jakim jest napisany jest dość typowy dla tej tematyki - prosty, bez ubarwnień żadnych, nieoceniający. Wydanie wzbogacone jest też interesującym zestawem fotografii.

środa, 8 sierpnia 2012

Gunter Wallarff "Z nowego wspaniałego świata"



Günter Wallraff jest znanym niemieckim dziennikarzem, który zasłynął z uprawiania tzw. reportażu uczestniczącego, albo, jak kto woli- wcieleniowego.  Ta gałąź dziennikarstwa charakteryzuje się specyficznymi metodami researchingu. Reporter buduje swoją fikcyjną tożsamość, by mógł nierozpoznany wtopić się w środowisko, które jest przedmiotem eksploracji. W ten sposób zdobywa zaufanie i ma okazję zajrzeć pod podszewkę interesującego go zagadnienia.

Powiem szczerze, że mam ambiwalentny stosunek do tego typu metod. Po pierwsze powstaje pytanie- kto jest tak naprawdę bohaterem reportażu: reporter, czy postać, którą skonstruował? Czy nie jest to oszustwo względem innych osób, które dzielą się swoimi historiami? Czy dobry dziennikarz nie powinien używać innych środków, by ze swego bohatera wydobyć prawdę, albo ciekawą opowieść?

Wallraff jest efant terrible niemieckiego społeczeństwa. W książce „Z nowego wspaniałego świata", która ukazała się niedawno na polskim rynku, dziennikarz bada przede wszystkim niesprawiedliwość i łamanie praw człowieka w wielkich korporacyjnych firmach, w instytucjach państwowych oraz obnaża niemiecką ksenofobię i tendencje do faszyzmu.

Zapraszam na swojego bloga, gdzie dzielę się dalszymi wrażeniami

niedziela, 29 lipca 2012

J.-M. G. Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent

Jean-Marie Gustave Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent
Państwowy Instytut Wydawniczy

To moje drugie, a zarazem jakby pierwsze – bo totalnie inne – spotkanie z francuskim noblistą. Poprzednio sięgnęłam po bardzo wczesną (z 1970) powieść eksperymentalną WojnaTym razem inna forma, inna tematyka, inny styl: Raga. Le Clézio dużo podróżował i owocem tego są dość liczne książki podróżnicze. Raga na polskim rynku ukazała się w 2009 roku, a powstała trzy lata wcześniej, więc od Wojny upłynęło niemało czasu i wiele się w pisarstwie Le Clézio zmieniło.

W swojej książce autor zabiera nas w podróż na wyspy Oceanii, nazywanej niewidzialnym kontynentem: bo niedocenianym, niedostrzeganym, rozproszonym. Jak można się jednak spodziewać, nie jest to zwykła książka podróżnicza. Jest tu historia, opowieści, mit, obrazy i odczucia, zawsze jakby w migawkach i urywkach: trochę tu, trochę tam, a wszystko na zaledwie stu dwudziestu stronach. Nie znaczy to, że zapiski są pobieżne: przeciwnie, wiele w nich informacji, są one za to skondensowane i bazują na domniemanej wiedzy czytelnika. A jednocześnie wszystko jest jakby ujrzane w mgnieniu oka: i już ledwo dojrzana, muśnięta, Raga się oddala.


Dalej

środa, 25 lipca 2012

Jacek Hugo Bader "Dzienniki kołymskie"



Trakt Kołymski liczy ponad dwa tysiące kilometrów. Trasa zaczyna się w Magadanie i kończy w Jakucku. To tereny zupełnie niesprzyjające człowiekowi, okryte haniebną historią. To wzdłuż traktu ciągnęły się lagry, w których więźniowie zmuszani byli do katorżniczej pracy przy wydobyciu złota. Kołyma pochłonęła tysiące istnień. Ostatnia książka Jacka Hugo-Badera pt. „ Dzienniki kołymskie" to zapis podróży jaką odbył autor wzdłuż Traktu Kołymskiego. Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach".

Jedynym środkiem transportu, który w takich warunkach jest dostępny to autostop. A wiadomo- dla reportera wsiąść do samochodu byle jakiego to przecież gotowy materiał na reportaż.  Ta książka jest w zasadzie o takich ludziach - paputczikach, czyli towarzyszach podróży, których spotykasz tylko raz w życiu, dlatego ich opowieści są szczere, choć często koloryzowane. Taki paputczik opowie Ci kawał swojego życia, wygada się , opowie o takich rzeczach, o których nigdy nikomu znajomemu by nie opowiedział. Natomiast tutaj jest ten komfort psychiczny, że osoby słuchającej już nigdy nie spotkasz- a to skłania do zwierzeń.

Do przeczytania dalszych wrażeń z lektury zapraszam do Kącika z książkami

sobota, 14 lipca 2012

Wypalanie traw


Wojciech Jagielski
Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
304 strony

Ventersdorp, burskie miasteczko na stepie Transwalu, przez lata było ostatnią ostoją apartheidu, opierającą się przemianom, jakie następowały w całej Republice Południowej Afryki. I twierdzą Eugena Terre'Blanche'a, charyzmatycznego przywódcy Burów przeciwstawiających się nowym porządkom. Wraz z wygraniem wyborów przez Nelsona Mandelę i Afrykański Kongres Narodowy do władzy doszli czarni mieszkańcy RPA, w pierwszych w życiu wyborach wybierali swoich przedstawicieli: prezydenta, burmistrzów, radnych. W Ventersdorpie także wybrano czarnego burmistrza, czarnych radnych. Jednak przejęcie przez nich władzy było tylko pozorne, dalej niekwestionowanym, samozwańczym królem miasteczka pozostał Terre'Blanche.
Stojąc na czele Afrykanerskiego Ruchu Oporu zyskał sławę w całym kraju i stał się postrachem bardziej może nawet dla białych - Anglików i burskich zdrajców, jak nazywał tych, którzy opowiadali się za zniesieniem apartheidu – niż dla czarnych. On sam nie uważał się zresztą za rasistę, a jedynie za zwolennika starego porządku, według którego każdy ma żyć osobno, biali, czarni, Burowie, Anglicy, Hindusi. A kiedy już przekonał się, że nie wygra, ograniczył walkę do żądań wydzielenia dla Burów odrębnego państwa na terenach Transwalu. Nie przebierał w środkach, jego afrykanerska armia to nie byli zwykli zadymiarze, nie były im obce akty przemocy, a nawet zabójstwa. Jednak wodzowi długo udawało się wykpić od odpowiedzialności najwyżej grzywną. W końcu trafił do więzienia, opuszczał je jednak jako bohater, może nie dla wszystkich, ale dla białych mieszkańców Ventersdorpu na pewno. Tu nadal był wodzem, panem, tu nadal mógł wszystko. Do czasu.
4 kwietnia 2010 roku Eugene Terry'Blanche został zabity na swojej rodzinnej farmie pod Ventersdorpem. Nie zginął z rąk przeciwników politycznych, nie zginął w walce ani za swoje idee. Zatłukło go metalowym prętem dwóch czarnych robotników, którym był winien pieniądze.

W swym fabularyzowanym reportażu Wojciech Jagielski w pasjonujący sposób przybliża czytelnikowi historię RPA i dzieje południowoafrykańskiego systemu segregacji rasowej. W tym kraju przez dziesięciolecia miejsce jednostki w społeczeństwie, jej rolę, szanse na przyszłość wyznaczał zapis dokonywany tuż po urodzeniu w Wielkiej Księdze Rejestru. To on decydował, gdzie kto ma mieszkać, pracować, kogo może kochać.
Przemiany dla białych oznaczały utratę uprzywilejowanej pozycji, a dla czarnych nie tylko nadzieję na polepszenie losu, ale może nawet na wzięcie odwetu za lata poniżeń. Wypalanie traw opowiada, co te przemiany tak naprawdę przyniosły.
Wojciech Jagielski to dla mnie jeden z najlepszych naszych reporterów. Bardzo mi odpowiada, że nie ogranicza się jedynie do przedstawienia niektórych zjawisk, wycinków rzeczywistości z kraju, o którym pisze, lecz ukazuje go całościowo, wprowadzając czytelnika w temat od podstaw. A do tego zagadnienia, które podejmuje, choć odnoszą się do konkretnego czasu i miejsca, mają wymiar uniwersalny. Pod tym względem jego książki są podobne.
Podoba mi się też sposób, w jaki Jagielski pisze, to, że jego reportaż ma postać nieco fabularyzowaną. W Wypalaniu traw poszedł w tym kierunku najdalej, jak dotąd. Właściwie można by zastanawiać się, czy książka ma w sobie więcej z powieści, czy z non-fiction. Jego bohaterowie, to ludzie żyjący naprawdę, wydarzenia, o których pisze, są autentyczne, ale książka posiada fabułę, a szczegółowość przeżyć występujących w niej postaci, pewna intymność ich wrażeń, myśli, bliższa jest jednak literaturze fikcji niż faktu. Jednakże owa powieściowa forma książki w żadnej mierze nie odbiera opisowi wiarygodności, za to w wysokim stopniu podnosi jej atrakcyjność. 

Więcej na moim blogu. Zapraszam. 

środa, 4 lipca 2012

Ros Moriarty, Pieśń Aborygenki


Ros Moriarty wyszła za Aborygena, Johna Moriarty'ego, i stała się częścią wielkiej rodziny rdzennych Australijczyków. Stopniowo poznawała najstarszą kulturę do dziś istniejącą na Ziemi, uczyła się rozumieć i współodczuwać, pokochała kobiety i mężczyzn z plemienia Yanyuwa, a ich historia stała się po części jej historią. Razem z mężem założyła studio designu Balarinji: w ten sposób chcieli przybliżyć współczesnym Australijczykom dziecictwo kulturowe kraju, który najechali i próbowali zniszczyć.

W swojej książce Ros Moriarty snuje równolegle kilka wątków: jednym z nich jest tydzień ceremonii, na który została zaproszona przez Aborygenki, by uczestniczyć w ich świętych obrzędach i w najpełniejszy sposób wyrazić przynależność do plemienia. Drugi wątek to historia rdzennych mieszkańców Australii, dyskryminowanych, prześladowanych, a lata temu – jako dzieci – porywanych rodzicom, by odciąć ich od korzeni i "ucywilizować". Do tych straconych pokoleń należał między innymi John, mąż autorki, uprowadzony w wieku czterech lat. Nie wszystkim udało się po latach wrócić do domu. Autorka pisze o tym, jak biali i czarni ścierają się na odebranych ziemiach, jak Aborygeni są spychani na margines, jak muszą walczyć o prawo do życia po swojemu. Trzeci wątek to opowieść Ros o niej i jej rodzinie:dzieciach balansujących między starym i nowym, Johnie starającym się odnaleźć we współczesnym świecie tak, by nie stracić nic ze swej tożsamości, ich wspólnym marzeniu o przybliżaniu australijskiej kultury za pośrednictwem wzorów, w których zawierają wszystko: kolor pustyni i słońca, pył, ciemną skórę, zwierzęta, harmonię, radość życia.

Ciąg dalszy.

niedziela, 24 czerwca 2012

"Modlitwa o deszcz" Wojciech Jagielski

 
 
Ulepiony z górskich dolin i pustynnych oaz, podzielony na klanowe i plemienne księstwa. Jego kolorem i zapachem jest kurz, a khaki to kolor gór i ubrań. Tu rytm dnia wyznacza świt, południe i zmierzch. Oto Afganistan. W historii tego kraju żaden z władców nie został wybrany z woli poddanych: szachowie, emirowie, premierzy obejmowali władzę w wyniku wojen. Na Afganistan zawsze spadały przeróżne plagi, począwszy od armii radzieckiej, przez wojny domowe, po zapowiedź nowej wojny, która miała przyjść zza gór, nie licząc trzęsień ziemi, susz i szarańczy.


"Modlitwa o deszcz" to owoc jedenastu podróży Wojciecha Jagielskiego do Afganistanu, które odbył w latach 1992-2001. Uczucie, jakie towarzyszy autorowi, gdy przekracza afgańską granicę, jest zawsze takie same. Granica ta wyznacza nie tylko ramy przestrzenie, ale i czasowe. Wkracza tu się w inną rzeczywistość, odmienną i niepojętą. Kryteria logiczne i etyczne okazują się nie przydatne. Ulatuje tu poczucie czasu, znika geniusz istoty ludzkiej, która może okiełzać naturę.

 
Bo jak inaczej się czuć, gdy widzi się umierające wioski i miasteczka, które przechodzą we władanie szczurów. Dzieci, a raczej dzieciaki - brudne, skołtunione, przypominające złośliwe duszki z baśni, które rozkopują szczurze norki, by wykraść zakopane na zimę ziarna, wieśniaków, którzy sprzedają swoje pozostałości, dachy domów, futryny drzwi, a nawet własne dzieci i watahy wściekłych, zdziczałych psów napadających na dzieci i resztki zagranicznych turystów.
 
więcej u mnie

niedziela, 17 czerwca 2012

Lubna /ahmad Al - Hussain "40 batów za spodnie"




W 1991 roku Omar al-Baszir wprowadził w Sudanie szariat jako oficjalne prawo państwowe oraz powołał policję obyczajową, która miała strzec porządku publicznego i przestrzegania zasad moralności. W ten sposób rozpoczęła się epoka terroru wobec obywatelek Sudanu. Bo tak naprawdę szariat największe kary nakłada na część żeńską społeczeństwa. To po pierwsze. Druga sprawa- kto ustala co jest wykroczeniem, a co nim nie jest?

Artykuł 152 kodeksu sudańskiego kodeksu karnego mówi: „Ktokolwiek w miejscu publicznym popełni nieprzyzwoity czyn lub czyn skierowany przeciwko moralności, lub nosi nieprzyzwoite ubranie, niebędące w zgodzie z nakazami przyzwoitości, urażając tym uczucia innych, zostanie skazany na karę czterdziestu batów, na karę pieniężną lub na obie te kary jednocześnie. Czyn kwalifikuje się jako nieprzyzwoity, jeśli jest za taki uznawany przez doktrynę religijną sprawcy lub przez zwyczaje panujące na terenie, na którym czyn miała miejsce".

Dobrze, ale kto sprecyzuje co oznacza nieprzyzwoite ubranie, gdzie jest ta granica, za którą grozi już kara czterdziestu batów, bądź też kara grzywny?

w 2009 roku sudańska dziennikarka Lubna Ahmad Al- Hussein wraz z piętnastoma kobietami zostały zatrzymane w eleganckiej restauracji w Chartumie. Powód- włożyły spodnie.
 Zapraszam do przeczytania recenzji u mnie na blogu