środa, 8 sierpnia 2012

Gunter Wallarff "Z nowego wspaniałego świata"



Günter Wallraff jest znanym niemieckim dziennikarzem, który zasłynął z uprawiania tzw. reportażu uczestniczącego, albo, jak kto woli- wcieleniowego.  Ta gałąź dziennikarstwa charakteryzuje się specyficznymi metodami researchingu. Reporter buduje swoją fikcyjną tożsamość, by mógł nierozpoznany wtopić się w środowisko, które jest przedmiotem eksploracji. W ten sposób zdobywa zaufanie i ma okazję zajrzeć pod podszewkę interesującego go zagadnienia.

Powiem szczerze, że mam ambiwalentny stosunek do tego typu metod. Po pierwsze powstaje pytanie- kto jest tak naprawdę bohaterem reportażu: reporter, czy postać, którą skonstruował? Czy nie jest to oszustwo względem innych osób, które dzielą się swoimi historiami? Czy dobry dziennikarz nie powinien używać innych środków, by ze swego bohatera wydobyć prawdę, albo ciekawą opowieść?

Wallraff jest efant terrible niemieckiego społeczeństwa. W książce „Z nowego wspaniałego świata", która ukazała się niedawno na polskim rynku, dziennikarz bada przede wszystkim niesprawiedliwość i łamanie praw człowieka w wielkich korporacyjnych firmach, w instytucjach państwowych oraz obnaża niemiecką ksenofobię i tendencje do faszyzmu.

Zapraszam na swojego bloga, gdzie dzielę się dalszymi wrażeniami

niedziela, 29 lipca 2012

J.-M. G. Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent

Jean-Marie Gustave Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent
Państwowy Instytut Wydawniczy

To moje drugie, a zarazem jakby pierwsze – bo totalnie inne – spotkanie z francuskim noblistą. Poprzednio sięgnęłam po bardzo wczesną (z 1970) powieść eksperymentalną WojnaTym razem inna forma, inna tematyka, inny styl: Raga. Le Clézio dużo podróżował i owocem tego są dość liczne książki podróżnicze. Raga na polskim rynku ukazała się w 2009 roku, a powstała trzy lata wcześniej, więc od Wojny upłynęło niemało czasu i wiele się w pisarstwie Le Clézio zmieniło.

W swojej książce autor zabiera nas w podróż na wyspy Oceanii, nazywanej niewidzialnym kontynentem: bo niedocenianym, niedostrzeganym, rozproszonym. Jak można się jednak spodziewać, nie jest to zwykła książka podróżnicza. Jest tu historia, opowieści, mit, obrazy i odczucia, zawsze jakby w migawkach i urywkach: trochę tu, trochę tam, a wszystko na zaledwie stu dwudziestu stronach. Nie znaczy to, że zapiski są pobieżne: przeciwnie, wiele w nich informacji, są one za to skondensowane i bazują na domniemanej wiedzy czytelnika. A jednocześnie wszystko jest jakby ujrzane w mgnieniu oka: i już ledwo dojrzana, muśnięta, Raga się oddala.


Dalej

środa, 25 lipca 2012

Jacek Hugo Bader "Dzienniki kołymskie"



Trakt Kołymski liczy ponad dwa tysiące kilometrów. Trasa zaczyna się w Magadanie i kończy w Jakucku. To tereny zupełnie niesprzyjające człowiekowi, okryte haniebną historią. To wzdłuż traktu ciągnęły się lagry, w których więźniowie zmuszani byli do katorżniczej pracy przy wydobyciu złota. Kołyma pochłonęła tysiące istnień. Ostatnia książka Jacka Hugo-Badera pt. „ Dzienniki kołymskie" to zapis podróży jaką odbył autor wzdłuż Traktu Kołymskiego. Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach".

Jedynym środkiem transportu, który w takich warunkach jest dostępny to autostop. A wiadomo- dla reportera wsiąść do samochodu byle jakiego to przecież gotowy materiał na reportaż.  Ta książka jest w zasadzie o takich ludziach - paputczikach, czyli towarzyszach podróży, których spotykasz tylko raz w życiu, dlatego ich opowieści są szczere, choć często koloryzowane. Taki paputczik opowie Ci kawał swojego życia, wygada się , opowie o takich rzeczach, o których nigdy nikomu znajomemu by nie opowiedział. Natomiast tutaj jest ten komfort psychiczny, że osoby słuchającej już nigdy nie spotkasz- a to skłania do zwierzeń.

Do przeczytania dalszych wrażeń z lektury zapraszam do Kącika z książkami

sobota, 14 lipca 2012

Wypalanie traw


Wojciech Jagielski
Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
304 strony

Ventersdorp, burskie miasteczko na stepie Transwalu, przez lata było ostatnią ostoją apartheidu, opierającą się przemianom, jakie następowały w całej Republice Południowej Afryki. I twierdzą Eugena Terre'Blanche'a, charyzmatycznego przywódcy Burów przeciwstawiających się nowym porządkom. Wraz z wygraniem wyborów przez Nelsona Mandelę i Afrykański Kongres Narodowy do władzy doszli czarni mieszkańcy RPA, w pierwszych w życiu wyborach wybierali swoich przedstawicieli: prezydenta, burmistrzów, radnych. W Ventersdorpie także wybrano czarnego burmistrza, czarnych radnych. Jednak przejęcie przez nich władzy było tylko pozorne, dalej niekwestionowanym, samozwańczym królem miasteczka pozostał Terre'Blanche.
Stojąc na czele Afrykanerskiego Ruchu Oporu zyskał sławę w całym kraju i stał się postrachem bardziej może nawet dla białych - Anglików i burskich zdrajców, jak nazywał tych, którzy opowiadali się za zniesieniem apartheidu – niż dla czarnych. On sam nie uważał się zresztą za rasistę, a jedynie za zwolennika starego porządku, według którego każdy ma żyć osobno, biali, czarni, Burowie, Anglicy, Hindusi. A kiedy już przekonał się, że nie wygra, ograniczył walkę do żądań wydzielenia dla Burów odrębnego państwa na terenach Transwalu. Nie przebierał w środkach, jego afrykanerska armia to nie byli zwykli zadymiarze, nie były im obce akty przemocy, a nawet zabójstwa. Jednak wodzowi długo udawało się wykpić od odpowiedzialności najwyżej grzywną. W końcu trafił do więzienia, opuszczał je jednak jako bohater, może nie dla wszystkich, ale dla białych mieszkańców Ventersdorpu na pewno. Tu nadal był wodzem, panem, tu nadal mógł wszystko. Do czasu.
4 kwietnia 2010 roku Eugene Terry'Blanche został zabity na swojej rodzinnej farmie pod Ventersdorpem. Nie zginął z rąk przeciwników politycznych, nie zginął w walce ani za swoje idee. Zatłukło go metalowym prętem dwóch czarnych robotników, którym był winien pieniądze.

W swym fabularyzowanym reportażu Wojciech Jagielski w pasjonujący sposób przybliża czytelnikowi historię RPA i dzieje południowoafrykańskiego systemu segregacji rasowej. W tym kraju przez dziesięciolecia miejsce jednostki w społeczeństwie, jej rolę, szanse na przyszłość wyznaczał zapis dokonywany tuż po urodzeniu w Wielkiej Księdze Rejestru. To on decydował, gdzie kto ma mieszkać, pracować, kogo może kochać.
Przemiany dla białych oznaczały utratę uprzywilejowanej pozycji, a dla czarnych nie tylko nadzieję na polepszenie losu, ale może nawet na wzięcie odwetu za lata poniżeń. Wypalanie traw opowiada, co te przemiany tak naprawdę przyniosły.
Wojciech Jagielski to dla mnie jeden z najlepszych naszych reporterów. Bardzo mi odpowiada, że nie ogranicza się jedynie do przedstawienia niektórych zjawisk, wycinków rzeczywistości z kraju, o którym pisze, lecz ukazuje go całościowo, wprowadzając czytelnika w temat od podstaw. A do tego zagadnienia, które podejmuje, choć odnoszą się do konkretnego czasu i miejsca, mają wymiar uniwersalny. Pod tym względem jego książki są podobne.
Podoba mi się też sposób, w jaki Jagielski pisze, to, że jego reportaż ma postać nieco fabularyzowaną. W Wypalaniu traw poszedł w tym kierunku najdalej, jak dotąd. Właściwie można by zastanawiać się, czy książka ma w sobie więcej z powieści, czy z non-fiction. Jego bohaterowie, to ludzie żyjący naprawdę, wydarzenia, o których pisze, są autentyczne, ale książka posiada fabułę, a szczegółowość przeżyć występujących w niej postaci, pewna intymność ich wrażeń, myśli, bliższa jest jednak literaturze fikcji niż faktu. Jednakże owa powieściowa forma książki w żadnej mierze nie odbiera opisowi wiarygodności, za to w wysokim stopniu podnosi jej atrakcyjność. 

Więcej na moim blogu. Zapraszam. 

środa, 4 lipca 2012

Ros Moriarty, Pieśń Aborygenki


Ros Moriarty wyszła za Aborygena, Johna Moriarty'ego, i stała się częścią wielkiej rodziny rdzennych Australijczyków. Stopniowo poznawała najstarszą kulturę do dziś istniejącą na Ziemi, uczyła się rozumieć i współodczuwać, pokochała kobiety i mężczyzn z plemienia Yanyuwa, a ich historia stała się po części jej historią. Razem z mężem założyła studio designu Balarinji: w ten sposób chcieli przybliżyć współczesnym Australijczykom dziecictwo kulturowe kraju, który najechali i próbowali zniszczyć.

W swojej książce Ros Moriarty snuje równolegle kilka wątków: jednym z nich jest tydzień ceremonii, na który została zaproszona przez Aborygenki, by uczestniczyć w ich świętych obrzędach i w najpełniejszy sposób wyrazić przynależność do plemienia. Drugi wątek to historia rdzennych mieszkańców Australii, dyskryminowanych, prześladowanych, a lata temu – jako dzieci – porywanych rodzicom, by odciąć ich od korzeni i "ucywilizować". Do tych straconych pokoleń należał między innymi John, mąż autorki, uprowadzony w wieku czterech lat. Nie wszystkim udało się po latach wrócić do domu. Autorka pisze o tym, jak biali i czarni ścierają się na odebranych ziemiach, jak Aborygeni są spychani na margines, jak muszą walczyć o prawo do życia po swojemu. Trzeci wątek to opowieść Ros o niej i jej rodzinie:dzieciach balansujących między starym i nowym, Johnie starającym się odnaleźć we współczesnym świecie tak, by nie stracić nic ze swej tożsamości, ich wspólnym marzeniu o przybliżaniu australijskiej kultury za pośrednictwem wzorów, w których zawierają wszystko: kolor pustyni i słońca, pył, ciemną skórę, zwierzęta, harmonię, radość życia.

Ciąg dalszy.

niedziela, 24 czerwca 2012

"Modlitwa o deszcz" Wojciech Jagielski

 
 
Ulepiony z górskich dolin i pustynnych oaz, podzielony na klanowe i plemienne księstwa. Jego kolorem i zapachem jest kurz, a khaki to kolor gór i ubrań. Tu rytm dnia wyznacza świt, południe i zmierzch. Oto Afganistan. W historii tego kraju żaden z władców nie został wybrany z woli poddanych: szachowie, emirowie, premierzy obejmowali władzę w wyniku wojen. Na Afganistan zawsze spadały przeróżne plagi, począwszy od armii radzieckiej, przez wojny domowe, po zapowiedź nowej wojny, która miała przyjść zza gór, nie licząc trzęsień ziemi, susz i szarańczy.


"Modlitwa o deszcz" to owoc jedenastu podróży Wojciecha Jagielskiego do Afganistanu, które odbył w latach 1992-2001. Uczucie, jakie towarzyszy autorowi, gdy przekracza afgańską granicę, jest zawsze takie same. Granica ta wyznacza nie tylko ramy przestrzenie, ale i czasowe. Wkracza tu się w inną rzeczywistość, odmienną i niepojętą. Kryteria logiczne i etyczne okazują się nie przydatne. Ulatuje tu poczucie czasu, znika geniusz istoty ludzkiej, która może okiełzać naturę.

 
Bo jak inaczej się czuć, gdy widzi się umierające wioski i miasteczka, które przechodzą we władanie szczurów. Dzieci, a raczej dzieciaki - brudne, skołtunione, przypominające złośliwe duszki z baśni, które rozkopują szczurze norki, by wykraść zakopane na zimę ziarna, wieśniaków, którzy sprzedają swoje pozostałości, dachy domów, futryny drzwi, a nawet własne dzieci i watahy wściekłych, zdziczałych psów napadających na dzieci i resztki zagranicznych turystów.
 
więcej u mnie

niedziela, 17 czerwca 2012

Lubna /ahmad Al - Hussain "40 batów za spodnie"




W 1991 roku Omar al-Baszir wprowadził w Sudanie szariat jako oficjalne prawo państwowe oraz powołał policję obyczajową, która miała strzec porządku publicznego i przestrzegania zasad moralności. W ten sposób rozpoczęła się epoka terroru wobec obywatelek Sudanu. Bo tak naprawdę szariat największe kary nakłada na część żeńską społeczeństwa. To po pierwsze. Druga sprawa- kto ustala co jest wykroczeniem, a co nim nie jest?

Artykuł 152 kodeksu sudańskiego kodeksu karnego mówi: „Ktokolwiek w miejscu publicznym popełni nieprzyzwoity czyn lub czyn skierowany przeciwko moralności, lub nosi nieprzyzwoite ubranie, niebędące w zgodzie z nakazami przyzwoitości, urażając tym uczucia innych, zostanie skazany na karę czterdziestu batów, na karę pieniężną lub na obie te kary jednocześnie. Czyn kwalifikuje się jako nieprzyzwoity, jeśli jest za taki uznawany przez doktrynę religijną sprawcy lub przez zwyczaje panujące na terenie, na którym czyn miała miejsce".

Dobrze, ale kto sprecyzuje co oznacza nieprzyzwoite ubranie, gdzie jest ta granica, za którą grozi już kara czterdziestu batów, bądź też kara grzywny?

w 2009 roku sudańska dziennikarka Lubna Ahmad Al- Hussein wraz z piętnastoma kobietami zostały zatrzymane w eleganckiej restauracji w Chartumie. Powód- włożyły spodnie.
 Zapraszam do przeczytania recenzji u mnie na blogu

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Fawzia Koofi - Listy do moich córek. Między terrorem a nadzieją

 
Są kraje, w których matki po porodzie nie cieszą się z nowo narodzonego maleństwa. Na jego widok odwracają wzrok, odmawiają nakarmienia i matczynej czułości. Powód? Niemowlę okazuje się być płci żeńskiej, to tylko dziewczynka, dziecko drugiej kategorii. Czy jest szansa, że w Afganistanie, kraju, w którym wciąż jeszcze lepiej urodzić się chłopcem równouprawnienie kobiet przestanie być fikcją a one same osiągną społeczną sprawiedliwość?
 Fawzia Koofi urodziła się jako dziewiętnaste dziecko Abdula Rahmana, posła w afgańskim parlamencie reprezentującego ludność prowincji Badachszan. Jej matką była jedna z siedmiu żon ojca - Bibi Jan, która początkowo nie mogąc pogodzić się z faktem, że wydała na świat kolejną dziewczynkę, nie chciała nawet na nią spojrzeć. Z czasem jednak uprzedzenie ustąpiło wielkiej matczynej miłości i to właśnie Fawzia stała się jej ukochanym dzieckiem. Początkowo rodzina wiodła dostatnie, szczęśliwe życie jednak tragiczne losy Afganistanu obróciły radość w kruchy pył.
 
 Ciąg dalszy zapraszam

środa, 6 czerwca 2012

Paul Theroux, Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki


Theroux sprawia wrażenie człowieka mającego o sobie dość wysokie mniemanie, choć nie można powiedzieć, żeby ta opinia była całkiem bezzasadna; jednocześnie autor jest tego świadomy i sam o sobie pisze z rozbrajającym dystansem. Jest rzetelny i szczery, oczytany i inteligentny, poważnie podchodzi do swoich przedsięwzięć (nauczony doświadczeniem z azjatyckiej wyprawy, planując nową podróż, poduczył się hiszpańskiego, bo nie chciał już być takim ignorantem). Trochę z ironią, trochę z wyższością, trochę z ciekawością notuje spostrzeżenia zwykłego człowieka, który wpadł na zupełnie fantastyczny pomysł: przejechać Ameryki przesiadając się z jednego pociągu do drugiego.

Autor nie ma w sobie zbyt wiele z typowego poszukiwacza przygód: przy okazji któregoś z noclegów skarży się, że szum fal nie pozwalał mu zasnąć przez pół nocy. Ale to sprawia, że jego relację czyta się większym zainteresowaniem, a niekiedy nawet rozbawieniem, bo jest bliższa przeciętnemu zjadaczowi chleba: Theroux chce się wyspać, boi się o siebie, narzeka na brud i brak prywatności, nie ma ochoty próbować miejscowych przysmaków oblezionych przez muchy (Z domu wyjeżdżałem w podniosłym nastroju, ale nie byłem żadnym odkrywcą: podróż miała dostarczać radości, a nie być próbą wytrzymałości czy cierpliwości). Czasem się zastanawia, po co w ogóle wyruszył – rzadko śledzimy takie rozterki w książkach podróżniczych (ale zaniepokojonych spieszę upewnić, że skargi nie są jedynym składnikiem tej historii). Jednocześnie pisarz pokonuje długą drogę z Massachusetts do Esquel w Patagonii, obserwuje, rozmawia, portretuje. Książka jest olbrzymim zbiorem scenek rodzajowych, krótkich wycinków z życia, krajobrazów uchwyconych z perspektywy okna wagonu. I choć miejscowi ciągle proponują mu autobus, czasem nawet samolot – bo szybciej, taniej, bezpieczniej, sensowniej – Theroux uparcie trzyma się swojego projektu, bo warto pojechać pociągiem, jeśli człowiek pragnie zrozumieć. Tak podróżują najbiedniejsi, najzwyklejsi, tu jest istota kraju.

środa, 30 maja 2012

Laska Nebeska - Mariusz Szczygieł - felietony nie tylko o filmach

Zastanawiałem się czy można potraktować tę książkę jako reportaż... Ale im dłużej myślę tym bardziej wydaje mi się, że tak. Felietony znane z gazety wybiórczej gdzie towarzyszyły filmom wydawanym w serii "czeskiej" plus kilka nowych króciutkich tekstów. I jak to u Pana Mariusza - humor, odrobina refleksji i świetny lekki język. Jest kawałek historii, ale też troszkę o własnych obserwacjach i obrazki z życia społecznego. Do tego świetne i klimatyczne zdjęcia Frantiszka Dostala. Przeczytać warto - rekomendacja nie tylko dla czechofilów!
Więcej przeczytacie na Notatniku kulturalnym.
Robert