niedziela, 9 września 2012
"Láska nebeská" Mariusz Szczygieł
Uwielbiam reportaże Szczygła, a jeszcze bardziej szanuję go za miłość do Czech. Przepadam za naszymi południowymi sąsiadami i za ich językami, dlatego z ogromną przyjemnością siegam po książki o ich kulturze, języku, społeczności, historii...
Szczygieł swoje rozważania o Czechach łączy z literaturą - to dodatkowy smaczek tego zbioru. Moja lista tytułów do przeczytania znacznie się powiększyła, zwłaszcza że, wstyd przyznać, nie znam jeszcze literatury słowackiej.
Recenzja u mnie.
"The Girl in the Picture" Denise Chong
Implusem do napisania tej książki było słynne zdjęcie, ukazujące grupę dzieci, która ucieka po wybuchu bomby napalmowej. W środku zdjęcia widać nagą, dziewięcioletnią dziewczynkę, która rozpostarła poparzone ręce, a jej usta skrzywione są w bolesnym okrzyku. Ta dziewczynka to Kim Phuc.
Recenzja u mnie.
czwartek, 6 września 2012
Colin Thubron, Utracone serce Azji
Colin Thubron (ur. 1939) jest jednym z najbardziej znanych i cenionych brytyjskich pisarzy podróżników, a także przewodniczącym Królewskiego Towarzystwa Literackiego. Na podstawie swoich wypraw na Bliski Wschód, do Azji Środkowej i Wschodniej oraz do Rosji napisał kilkanaście książek – można więc z powodzeniem założyć, że jest ekspertem w tych tematach.Wydał także kilka powieści. W 2008 roku zajął 45. miejsce na liście pięćdziesięciu największych powojennych pisarzy brytyjskich (lista została stworzona przez "The Times").
Bliski Wschód przez całe wieki fascynował, przyciągał, inspirował Europejczyków. Utracone serce Azji to zapis z podróży do Azji środkowej tuż po rozpadzie ZSRR. Autor przemierza stepy i pustynie, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan: czasem porusza się samolotem, czasem samochodem, czasem rozklekotanym autobusem. Dociera do najważniejszych zabytków, zwiedza wielkie miasta i maleńkie wioski gdzieś na końcu świata. Rozmawia z ludźmi, przygląda się, bawi, słucha. Chce się dowiedzieć, jak czują się Kazachowie, Turkmeni, Uzbecy po odzyskaniu niepodległości: jak żyją, jak zmienił się ich świat? Stara się dotrzeć do głębi i odnaleźć tytułowe serce Azji: nie tylko w kontekście położenia na mapie, ale przede wszystkim jej kulturowego dziedzictwa, tego, co od zawsze budowało świadomość jej mieszkańców.
Dalej.
Dalej.
poniedziałek, 3 września 2012
Lidia Ostałowska "Cygan to Cygan"
Lidię Ostałowską
interesują osoby wykluczone, mniejszości etniczne, subkultury, ludzie, którzy
egzystują na marginesie. W szczególności bliscy jej sercu są Romowie, albo inaczej- Cyganie. Na początku
lat 90. reporterka wraz z fotografem
Piotrem Wójcikiem ruszyła do Transylwanii śladem rumuńskich Cyganów. Przez
kilka lat podróżowała po Europie, zbierając materiały do książki o sytuacji
Romów po upadku komunizmu. W 2000 roku ukazał się zbiór reportaży „Cygan to Cygan". Po dwunastu latach wydawnictwo
Czarne wznowiło książkę Ostałowskiej, pozostaje więc postawić pytanie- czy
przez ten okres czasu coś się zmieniło?
Do przeczytania recenzji zachęcam do zaglądnięcia do mojego kącika z książkami.
„Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów” - Tomek Michniewicz
„Zdarzają się takie momenty w podróży, które nie tylko pamięta się do końca życia, ale i przeżywa ciągle na nowo. Krótkie i ulotne chwile nie bycia sobą, a bycia gdzieś daleko, kiedy udaje się dotknąć świata tak naprawdę. Przez chwilę pod palcami miałem szorstką sierść dzikiej lwicy..."*
Cofnijcie się do czasów dzieciństwa i przypomnijcie sobie jak Wy lub Wasze rodzeństwo wyruszało szukać skarbów na pobliskie łąki, do lasu czy też jaskiń w garści dzierżąc mapą potencjalnych skarbów. Ach, jak bardzo chcieliśmy wtedy znaleźć kufry pełne złota, brylantów no po prostu bogactw, które sprawią, że będziemy najbogatszymi ludźmi na świecie! Z czasem jednak marzenia odeszły w niepamięć, a my rzuciliśmy się w wir dorosłego życia zapominając o tym co najważniejsze…
Przedstawiam Wam człowieka który nie porzucił swoich marzeń, który nie bał się zapakować plecaka i wyruszyć w nieznane. Tomek Michniewicz tym razem ruszył śladem ludzi ogarniętych gorączką złota. Ludzi, którzy z dnia na dzień żyli poszukiwaniem bo dla nich to był sens istnienia. Wraz z nim choć nie bezpośrednio i czasem w okrojonej wersji bo co za dużo to nie zdrowo poznajemy ich losy często niebezpieczne, czasem zabawne, ale i smutne. Dzięki Tomkowi poznajemy historię człowieka, który pod wpływem emocji wyruszył na wprawę, która nie była przemyślana i skończyła się pobytem w wietnamskim więzieniu. Poznajemy tajniki działań kasyn w Las Vegas, które skubią naiwniaków do ostatniego grosza. Przeszedł i przejechał meksykańskie pustynie przy okazji omijając najwymyślniejsze pułapki istniejące od dawien dawna. Wszystko to dla ukrytych skarbów. Nurkował w poszukiwaniu Atochy - zatopionego statku na którym kryje się skarb wart dziś około miliard dolarów. Zwiedził Afrykę tą bardziej mroczną i niebezpieczną. Usłyszał historie mrożące krew w żyłach i wywołujące łzy. Dokonał jeszcze czegoś, czegoś bardzo ważnego, ale nie zdradzajmy za dużo…
To moje drugie zetknięcie z twórczością (nie wiem do końca czy to odpowiednie słowo, ale niech będzie) Tomka Michniewicza i mogę powiedzieć, że jest on moim numerem jeden na liście autorów książek podróżniczych i tam pozostanie. Nikt bowiem nie potrafi mnie oczarować słowami tak jak on. Fragmenty historyczne były opisane w taki sposób, że czytało się je z zapartym tchem i rozszerzonymi oczyma. To nie były suche zlepki informacji i dat, ale historie godne polecenia. Zresztą takie wrażenia zapewniał nie tylko odnośnikami do historii, ale i tym co działo się tu i teraz. Warka akcja, napięcie, skrupulatne opisanie osób, miejsc i wydarzeń. Wszystko to zostało napisane w sposób wywołujący przeróżną gamę emocji. Chylę czoła przed tym człowiekiem. On nie tylko jeździ, robi zdjęcia i obserwuje. On to wchłania, jeśli coś robi, coś poznaje to robi to dokładnie, nie waha się (no może czasami). Cokolwiek nam opisuje jest sprawdzone, nie jest wymysłem, o tym się pisało, słyszało i mówiło. Michniewicz sprawdza dokładność najmniejszego detalu. Tak dokładnej i zapewne czasochłonnej pracy już dawno świadkiem nie byłam. Wszystko to wymagało czasu, ogromu energii i poświęcenia. Dzięki temu jednak mamy oto czytać coś napisanego z sercem, coś dopracowanego z najmniejszymi detalami… coś wspaniałego.
Ależ ja jestem zachwycona tą pozycją! Nie tylko językiem i opowieściami, ale też tym co pomiędzy tymi przygodami. W „Gorączce”. Były momenty przestoju, ale nawet wtedy czytelnik się nie nudzi gdyż śledzi rozmowy Tomka z kompanami podróży, które dodawały swego rodzaju swobody i poczucia bliskości z podróżnikami. Podobało mi się to, że Michniewicz nie tylko obserwował, ale i działał. Doceniał to co było dane mu przeżyć, przekazał nam wszystkie uczucia towarzyszące mu podczas tych wszystkich dni. Nie negował nieznanego, miał szacunek do ludzi i zwierząt. Pięknie, po prostu pięknie. Smakowitym dodatkiem są zdjęcia. Piękne, kolorowe, nie jestem znawcą, ale widać, że robione z wyczuciem i wprawą. Jest ich dużo i tam gdzie trzeba, Pobudzają wyobraźnię, zachwycają i urozmaicają czytanie.
„Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów” kawał dobrej podróżniczej literatury. Czuć w niej duszę i pasję i zamiłowanie do tego co robi. Choć często było niebezpiecznie i trudno podróżnik dążył dalej. W rezultacie oddał w nasze ręce tą perełkę. Jeśli tylko lubisz podróże i literaturę podróżniczą „Gorączka” jest OBOWIĄZKOWA. Po takiej dawce ochów i achów mogę tylko dodać, że niecierpliwię czekam na kolejną pasjonującą lekturę...
*str. 233
Autor: Tomek Michniewicz
Tytuł: Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: październik 2011
Liczba stron: 368niedziela, 2 września 2012
Dzisiaj narysujemy śmierć - Wojciech Tochman, czyli dlaczego o tym czytać?
Tyle już napisano już o tej książce - również w tym wyzwaniu. Ale mimo tego, że na pewno jest to lektura, która nie daje o sobie zapomnieć, wyjątkowa, to można mieć do niej również pewne uwagi. I właśnie nimi chciałbym się z Wami podzielić.
Książka wstrząsająca i
nie pozwalająca by zapomnieć. Oglądając informacje z całego świata
często obojętniejemy. Dziesiątki, setki, czy tysiące ofiar. Co za
różnica? Dziś jesteśmy wstrząśnięci, ale jutro inna tragedia przyćmi to
co nas poruszyło. Zapomnimy, bo tak działa nasz mózg. Pozbyć się
nadmiaru.
Jednak Tochman nie daje zapomnieć.
...
Autor rzeczywiście stara się być
jedynie tym, który zapisuje, często nawet nie zadaje pytań. Słucha. Ale
jest rozdział, który prawdę mówiąc trochę mnie zadziwił, tak był
odmienny w tonie od całej reszty. To fragment gdy Tochman przygląda się
reakcji Kościoła na to co się działo. Być może to moje subiektywne
wrażenie, ale nagle ulewa w nim się tyle złości, że posuwa się nie tylko
do oskarżeń i dziwnych sugestii, ale nawet do bluźnierczo brzmiących
linijek gdy najświętszy sakrament w tabernakulum przyrównuje do
obecności diabła. Poetycka metafora? Może - chciał w ten sposób
zaakcentować swój sprzeciw wobec tego, że ci którzy mordowali
przystępują do komunii gorsząc swoje ofiary? Może chciał nas
sprowokować aby zadać pytanie czy zwalenie winy na szatana, który
prowadził ich umysły i serca, może być przyjęte jako usprawiedliwienie.
Ale i tak dziwnie się to mi czytało. Nie oskarża w swej książce tak
mocno nikogo - ani morderców, ani polityków, ani międzynarodowych sił
rozjemczych, które nie kiwnęły palcem. Oskarża tylko duchowieństwo - o
obojętność, ucieczkę, brak reakcji, ale też o podburzanie tłumów do
mordowania. Na drugiej szali przytacza tylko jeden przykład ratowania i
poświęcenia życia przez duchownych.
Dziwne. Rozumiem, że dziennikarze GW wyrastają w atmosferze "dokopania" za wszelką cenę Kościołowi, ale niech się bawią w to w swojej gazecie. Czemu również w książce Tochman nie może się uwolnić od swoich uprzedzeń i przestaje być obiektywny woląc uwierzyć cynicznemu wojskowemu, który zgadza się na rozmowę (przyznaje się m.in. do tego, że robili sobie zdjęcia przy zakopywaniu trupów, aby nikt ich później nie oskarżał o bezczynność), niż duchownemu, który nie chce o tym rozmawiać (gdyby to on robił sobie takie zdjęcia pewnie to też byłby dowód przeciw niemu, ale wojskowemu przecież można wybaczyć). Tchórzostwo? Do cholery! A kto wtedy miał odwagę być bohaterem? Tochman ma współczucie dla czarnoskórej ofiary gwałtu i nie pyta ją o nic, ale oczekuje, że zgwałcone siostry zakonne będą mu chętnie opowiadały o tym co przeżyły?
Dziwne. Rozumiem, że dziennikarze GW wyrastają w atmosferze "dokopania" za wszelką cenę Kościołowi, ale niech się bawią w to w swojej gazecie. Czemu również w książce Tochman nie może się uwolnić od swoich uprzedzeń i przestaje być obiektywny woląc uwierzyć cynicznemu wojskowemu, który zgadza się na rozmowę (przyznaje się m.in. do tego, że robili sobie zdjęcia przy zakopywaniu trupów, aby nikt ich później nie oskarżał o bezczynność), niż duchownemu, który nie chce o tym rozmawiać (gdyby to on robił sobie takie zdjęcia pewnie to też byłby dowód przeciw niemu, ale wojskowemu przecież można wybaczyć). Tchórzostwo? Do cholery! A kto wtedy miał odwagę być bohaterem? Tochman ma współczucie dla czarnoskórej ofiary gwałtu i nie pyta ją o nic, ale oczekuje, że zgwałcone siostry zakonne będą mu chętnie opowiadały o tym co przeżyły?
Warto przeczytać - nawet
jeżeli kogoś podobnie jak i mnie zdziwi albo oburzy ton w jakim
napisany jest ten jeden rozdział. Warto sobie stawiać różne pytania.
Nawet jeżeli odpowiedzi nie zawsze udzielimy identycznych. Ta książka
(znowu oprócz tego jednego rozdziału) to nie jest oskarżenie. Raczej
świadectwa zebrane z różnych źródeł - cierpienie, ból, gorycz, chęć
zapomnienia, albo brak umiejętności normalnego życia. I na tym warto się
skupić - wtedy nie bije tak w oczy subiektywna ocena niektórych wydarzeń i punkt widzenia
autora.
Ja mogę powiedzieć tylko
szkoda. Bo ten ton jednego rozdziału okazuje się, dla wielu osób
najbardziej wart zapamiętania. Niechęć do Kościoła narasta, a do tego co
napisał autor potem dokłada się wyolbrzymiając kolejne okropieństwa.
Chcecie przykładu? Tochman pisze o Pallotynach, którzy nie potrafili nic
zrobić, uciekli i zabarykadowali się w swoim domu gdy przed ich
kościołem mordowano ludzi, ale można znaleźć np. takie recenzje
opisujące ten sam fragment książki:
"Tochman dotarł nawet do polskich
misjonarzy, którzy nawracali prymitywnych Rwandyńczyków z drogi zła na
drogę wiary w Jezusa. Sami przychylili się do mordów, nie pomogli
ofiarom w ucieczce czy w schronieniu. Nikt z dostojników kościelnych nie
chce rozmawiać z pisarzem, fakty zostały ukryte i wymazane. Mury
kościelne skrywają prawdę ociekającą ludzką krwią. W imię czego?".
I to jest też ważne pytanie. Po co i w
imię czego przymykać oczy na bezradność i obojętność mediów, polityków,
wojska (również międzynarodowego), a oskarżać tylko Kościół? Tragedia w
Rwandzie domaga się pytań, ale warto by nie były one wybiórcze.
Pełna recenzja tutaj.
czwartek, 16 sierpnia 2012
"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz
Jeśli macie ochotę na książkę łatwą, miłą i przyjemną - lepiej
trzymajcie się z daleka od reportażu Swietłany Aleksijewicz. Jeśli
natomiast chcecie spojrzeć z innej strony na II wojnę światową i ujrzeć
ją oczami kobiet, które walczyły w Armii Czerwonej - przeczytajcie.
Większość
relacji wojennych, jakie znamy (przynajmniej tych, które ja znam),
pochodzą od mężczyzn. Nieliczne kobiety, które się w tych opowieściach
przewijają, najczęściej pracowały w szpitalach polowych. Ale nie
spotkałam się wcześniej z relacjami kobiet, które walczyły na pierwszej
linii frontu, które były strzelcami, czołgistkami, artylerzystkami,
snajperami czy lotnikami. W "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" takich
opowieści jest kilkadziesiąt.
Autorce zależało, żeby
odszukać i porozmawiać o wojnie z kobietami-żołnierkami, chciała poznać
ich wspomnienia i zrozumieć emocje, które im towarzyszyły. Początkowo
łatwo nie było - wiele kobiet nie chciało z nią rozmawiać. Wiele po
prostu nie umiało o wojnie mówić - nikt wcześniej z nimi na ten temat
nie rozmawiał, zakazywano im opowieści frontowych, zamykano im usta. O
ile z wielu mężczyzn walczących na wojnie zrobiono bohaterów, o tyle w
przypadku kobiet dla wielu taka frontowa przeszłość była problemem i
obciążeniem.
Bohaterki książek bardzo się od siebie różnią, pochodzą z
różnych zakątków ZSRR, różnie wyglądało ich przedwojenne życie. Ale
jedno je łączy: zdecydowały się na ochotnika zaciągnąć do armii. I - co
mnie zaskoczyło - czytając te wspomnienia wydaje się, że one
rzeczywiście bardzo tego chciały, że to nie jest efekt propagandy,
udawanie. Szły na wojnę, bo tak trzeba było ich zdaniem w tamtej chwili
postąpić. Szły mając mętne wyobrażenie o tym, co je na tej wojnie
czeka.
Dostawały parę za dużych męskich butów i mundur. Szybko zapominały o swej kobiecości.
Patrzyły na wojnę nieco inaczej niż ich koledzy - przez pryzmat kolorów,
zapachów, emocji. Często same sobie chciały udowodnić, że one też mogą
walczyć (często musiały też udowodnić to swoim przełożonym). jest w tych
wspomnieniach coś niesamowitego, dlatego warto po tę lekturę sięgnąć.
Choć nie ukrywam, że czyta się bardzo ciężko, że wiele razy miałam
ochotę książkę odłożyć na bok i już do niej nie wracać. Ale wróciłam. I
nie żałuję.
"Farby wodne" Lidia Ostałowska
Obóz koncentracyjny w
Auschwitz-Birkenau kojarzy się przede wszystkim z zagładą Żydów, choć
był miejscem, w którym znaleźli się także liczni przedstawiciele innych
nacji. Jedynymi z bardziej pokrzywdzonych byli Romowie - i to jest jeden
z głównych problemów poruszanych w "Farbach wodnych".
"Farby
wodne" to reportaż o Dinie Gottliebovej - młodej Żydówce czeskiego
pochodzenia, która w 1943 roku trafia do obozu. Dina była studentką
akademii sztuk pięknych. Kiedy znalazła się w Auschwitz, miała malować
numery na blokach. Wymalowała także jedną ze ścian - namalowała na niej
Disneyowską Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków, by dzieci
przebywające w obozie choć na chwilę mogły oderwać się od otaczającej
ich rzeczywistości i przenieść się w kolorowy świat bajki. Jej talent
został wykorzystany przez władze obozu - doktor Mengele,
przeprowadzający odrażające eksperymenty na uwięzionych w obozie (to
naprawdę bulwersujące, że taki człowiek uniknął jakiejkolwiek
odpowiedzialności za swe czyny) poprosił ją, by malowała portrety
"badanych" przez niego Cyganów. Jej akwarele były bowiem dokładniejsze,
niż ówczesne fotografie. Dzięki temu zajęciu, Dinie udało się przeżyć.
Po
wojnie wyjechała do Stanów, wyszła za mąż za Arta Babbitta, rysownika
Disneyowskiego, sama też pracowała w owej sławnej wytwórni. Jej akwarele
natomiast najpierw trafiły do jednego z uratowanych z Oświęcimia
dzieci, następnie zaś zostały przekazane władzom muzeum KL
Auschwitz-Birkenau. Dina w połowie lat 90-tych zażądała zwrotu
namalowanych portretów i przez lata toczyła spór z muzeum. W dużej
części reportaż Ostałowskiej dotyka właśnie tego problemu: kto jest
prawowitym właścicielem portretów? Czy są one dowodem zbrodni i "dobrem
wspólnym"? Czy powinny trafić do autorki/jej potomków? Osobiście uważam,
że obrazy powinny pozostać z muzeum, że ważne jest by zachować zbiorową
pamięć o wszystkim, co się tam wydarzyło. No ale zdanie w tej kwestii
to rzecz indywidualna :-)
"Farby
wodne" z pewnością nie są łatwą i przyjemną lekturą na upalne lato. Ale
jak już aura stanie się przyjaźniejsza, to myślę, że warto po reportaż
sięgnąć. Język, jakim jest napisany jest dość typowy dla tej tematyki -
prosty, bez ubarwnień żadnych, nieoceniający. Wydanie wzbogacone jest
też interesującym zestawem fotografii.
środa, 8 sierpnia 2012
Gunter Wallarff "Z nowego wspaniałego świata"
Günter Wallraff jest znanym niemieckim
dziennikarzem, który zasłynął z uprawiania tzw. reportażu uczestniczącego,
albo, jak kto woli- wcieleniowego. Ta
gałąź dziennikarstwa charakteryzuje się specyficznymi metodami researchingu. Reporter
buduje swoją fikcyjną tożsamość, by mógł nierozpoznany wtopić się w środowisko,
które jest przedmiotem eksploracji. W ten sposób zdobywa zaufanie i ma okazję
zajrzeć pod podszewkę interesującego go zagadnienia.
Powiem szczerze, że mam ambiwalentny
stosunek do tego typu metod. Po pierwsze powstaje pytanie- kto jest tak
naprawdę bohaterem reportażu: reporter, czy postać, którą skonstruował? Czy nie
jest to oszustwo względem innych osób, które dzielą się swoimi historiami? Czy
dobry dziennikarz nie powinien używać innych środków, by ze swego bohatera
wydobyć prawdę, albo ciekawą opowieść?
Wallraff jest efant terrible
niemieckiego społeczeństwa. W książce „Z nowego wspaniałego świata", która
ukazała się niedawno na polskim rynku, dziennikarz bada przede wszystkim
niesprawiedliwość i łamanie praw człowieka w wielkich korporacyjnych firmach, w
instytucjach państwowych oraz obnaża niemiecką ksenofobię i tendencje do
faszyzmu.
niedziela, 29 lipca 2012
J.-M. G. Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent
Jean-Marie Gustave Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent
Państwowy Instytut Wydawniczy
To moje drugie, a zarazem jakby pierwsze – bo totalnie inne – spotkanie z francuskim noblistą. Poprzednio sięgnęłam po bardzo wczesną (z 1970) powieść eksperymentalną Wojna. Tym razem inna forma, inna tematyka, inny styl: Raga. Le Clézio dużo podróżował i owocem tego są dość liczne książki podróżnicze. Raga na polskim rynku ukazała się w 2009 roku, a powstała trzy lata wcześniej, więc od Wojny upłynęło niemało czasu i wiele się w pisarstwie Le Clézio zmieniło.
W swojej książce autor zabiera nas w podróż na wyspy Oceanii, nazywanej niewidzialnym kontynentem: bo niedocenianym, niedostrzeganym, rozproszonym. Jak można się jednak spodziewać, nie jest to zwykła książka podróżnicza. Jest tu historia, opowieści, mit, obrazy i odczucia, zawsze jakby w migawkach i urywkach: trochę tu, trochę tam, a wszystko na zaledwie stu dwudziestu stronach. Nie znaczy to, że zapiski są pobieżne: przeciwnie, wiele w nich informacji, są one za to skondensowane i bazują na domniemanej wiedzy czytelnika. A jednocześnie wszystko jest jakby ujrzane w mgnieniu oka: i już ledwo dojrzana, muśnięta, Raga się oddala.
Dalej.
Dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







