czwartek, 6 września 2012

Colin Thubron, Utracone serce Azji

Colin Thubron (ur. 1939) jest jednym z najbardziej znanych i cenionych brytyjskich pisarzy podróżników, a także przewodniczącym Królewskiego Towarzystwa Literackiego. Na podstawie swoich wypraw na Bliski Wschód, do Azji Środkowej i Wschodniej oraz do Rosji napisał kilkanaście książek – można więc z powodzeniem założyć, że jest ekspertem w tych tematach.Wydał także kilka powieści. W 2008 roku zajął 45. miejsce na liście pięćdziesięciu największych powojennych pisarzy brytyjskich (lista została stworzona przez "The Times").

Bliski Wschód przez całe wieki fascynował, przyciągał, inspirował Europejczyków. Utracone serce Azji to zapis z podróży do Azji środkowej tuż po rozpadzie ZSRR. Autor przemierza stepy i pustynie, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan: czasem porusza się samolotem, czasem samochodem, czasem rozklekotanym autobusem. Dociera do najważniejszych zabytków, zwiedza wielkie miasta i maleńkie wioski gdzieś na końcu świata. Rozmawia z ludźmi, przygląda się, bawi, słucha. Chce się dowiedzieć, jak czują się Kazachowie, Turkmeni, Uzbecy po odzyskaniu niepodległości: jak żyją, jak zmienił się ich świat? Stara się dotrzeć do głębi i odnaleźć tytułowe serce Azji: nie tylko w kontekście położenia na mapie, ale przede wszystkim jej kulturowego dziedzictwa, tego, co od zawsze budowało świadomość jej mieszkańców.

Dalej.

poniedziałek, 3 września 2012

Lidia Ostałowska "Cygan to Cygan"


Lidię Ostałowską interesują osoby wykluczone, mniejszości etniczne, subkultury, ludzie, którzy egzystują na marginesie. W szczególności bliscy jej sercu są  Romowie, albo inaczej- Cyganie. Na początku lat 90.  reporterka wraz z fotografem Piotrem Wójcikiem ruszyła do Transylwanii śladem rumuńskich Cyganów. Przez kilka lat podróżowała po Europie, zbierając materiały do książki o sytuacji Romów po upadku komunizmu. W 2000 roku ukazał się zbiór reportaży Cygan to Cygan". Po dwunastu latach wydawnictwo Czarne wznowiło książkę Ostałowskiej, pozostaje więc postawić pytanie- czy przez ten okres czasu coś się zmieniło?
Do przeczytania recenzji zachęcam do zaglądnięcia do mojego kącika z książkami.

„Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów” - Tomek Michniewicz

            „Zdarzają się takie momenty w podróży, które nie tylko pamięta się do końca życia, ale i przeżywa ciągle na nowo. Krótkie i ulotne chwile nie bycia sobą, a bycia gdzieś daleko, kiedy udaje się dotknąć świata tak naprawdę. Przez chwilę pod palcami miałem szorstką sierść dzikiej lwicy..."*

            Cofnijcie się do czasów dzieciństwa i przypomnijcie sobie jak Wy lub Wasze rodzeństwo wyruszało szukać skarbów na pobliskie łąki, do lasu czy też jaskiń w garści dzierżąc mapą potencjalnych skarbów. Ach, jak bardzo chcieliśmy wtedy znaleźć kufry pełne złota, brylantów no po prostu bogactw, które sprawią, że będziemy najbogatszymi ludźmi na świecie! Z czasem jednak marzenia odeszły w niepamięć, a my rzuciliśmy się w wir dorosłego życia zapominając o tym co najważniejsze…

            Przedstawiam Wam człowieka który nie porzucił swoich marzeń, który nie bał się zapakować plecaka i wyruszyć w nieznane. Tomek Michniewicz tym razem ruszył śladem ludzi ogarniętych gorączką złota. Ludzi, którzy z dnia na dzień żyli poszukiwaniem bo dla nich to był sens istnienia. Wraz z nim choć nie bezpośrednio i czasem w okrojonej wersji bo co za dużo to nie zdrowo poznajemy ich losy często niebezpieczne, czasem zabawne, ale i smutne. Dzięki Tomkowi poznajemy historię człowieka, który pod wpływem emocji wyruszył na wprawę, która nie była przemyślana i skończyła się pobytem w wietnamskim więzieniu. Poznajemy tajniki działań kasyn w Las Vegas, które skubią naiwniaków do ostatniego grosza. Przeszedł i przejechał meksykańskie pustynie przy okazji omijając najwymyślniejsze pułapki istniejące od dawien dawna. Wszystko to dla ukrytych skarbów. Nurkował w poszukiwaniu Atochy - zatopionego statku na którym kryje się skarb wart dziś około miliard dolarów. Zwiedził Afrykę tą bardziej mroczną i niebezpieczną. Usłyszał historie mrożące krew w żyłach i wywołujące łzy. Dokonał jeszcze czegoś, czegoś bardzo ważnego,  ale nie zdradzajmy za dużo…

            To moje drugie zetknięcie z twórczością (nie wiem do końca czy to odpowiednie słowo, ale niech będzie) Tomka Michniewicza i mogę powiedzieć, że jest on moim numerem jeden na liście autorów książek podróżniczych i tam pozostanie. Nikt bowiem nie potrafi mnie oczarować słowami tak jak on. Fragmenty historyczne były opisane w taki sposób, że czytało się je z zapartym tchem i rozszerzonymi oczyma. To nie były suche zlepki informacji i dat, ale historie godne polecenia. Zresztą takie wrażenia zapewniał nie tylko odnośnikami do historii, ale i tym co działo się tu i teraz. Warka akcja, napięcie, skrupulatne opisanie osób, miejsc i wydarzeń. Wszystko to zostało napisane w sposób wywołujący przeróżną gamę emocji. Chylę czoła przed tym człowiekiem. On nie tylko jeździ, robi zdjęcia i obserwuje. On to wchłania, jeśli coś robi, coś poznaje to robi to dokładnie, nie waha się (no może czasami). Cokolwiek nam opisuje jest sprawdzone, nie jest wymysłem, o tym się pisało, słyszało i mówiło. Michniewicz sprawdza dokładność najmniejszego detalu. Tak dokładnej i zapewne czasochłonnej pracy już dawno świadkiem nie byłam. Wszystko to wymagało czasu, ogromu energii i poświęcenia. Dzięki temu jednak mamy oto czytać coś napisanego z sercem, coś dopracowanego z najmniejszymi detalami… coś wspaniałego.

            Ależ ja jestem zachwycona tą pozycją! Nie tylko językiem i opowieściami, ale też tym co pomiędzy tymi przygodami. W „Gorączce”. Były momenty przestoju, ale nawet wtedy czytelnik się nie nudzi gdyż śledzi rozmowy Tomka z kompanami podróży, które dodawały swego rodzaju swobody i poczucia bliskości z podróżnikami. Podobało mi się to, że Michniewicz nie tylko obserwował, ale i działał. Doceniał to co było dane mu przeżyć, przekazał nam wszystkie uczucia towarzyszące mu podczas tych wszystkich dni. Nie negował nieznanego, miał szacunek do ludzi i zwierząt. Pięknie, po prostu pięknie. Smakowitym dodatkiem są zdjęcia. Piękne, kolorowe, nie jestem znawcą, ale widać, że robione z wyczuciem i wprawą. Jest ich dużo i tam gdzie trzeba, Pobudzają wyobraźnię, zachwycają i urozmaicają czytanie.

            „Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów” kawał dobrej podróżniczej literatury. Czuć w niej duszę i pasję i zamiłowanie do tego co robi. Choć często było niebezpiecznie i trudno podróżnik dążył dalej. W rezultacie oddał w nasze ręce tą perełkę. Jeśli tylko lubisz podróże i literaturę podróżniczą „Gorączka” jest OBOWIĄZKOWA. Po takiej dawce ochów i achów mogę tylko dodać, że niecierpliwię czekam na kolejną pasjonującą lekturę... 

*str. 233
Autor: Tomek Michniewicz
Tytuł: Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: październik 2011
Liczba stron: 368

niedziela, 2 września 2012

Dzisiaj narysujemy śmierć - Wojciech Tochman, czyli dlaczego o tym czytać?

Tyle już napisano już o tej książce - również w tym wyzwaniu. Ale mimo tego, że na pewno jest to lektura, która nie daje o sobie zapomnieć, wyjątkowa, to można mieć do niej również pewne uwagi. I właśnie nimi chciałbym się z Wami podzielić.

Książka wstrząsająca i nie pozwalająca by zapomnieć. Oglądając informacje z całego świata często obojętniejemy. Dziesiątki, setki, czy tysiące ofiar. Co za różnica? Dziś jesteśmy wstrząśnięci, ale jutro inna tragedia przyćmi to co nas poruszyło. Zapomnimy, bo tak działa nasz mózg. Pozbyć się nadmiaru. Jednak Tochman nie daje zapomnieć. 
...
Autor rzeczywiście stara się być jedynie tym, który zapisuje, często nawet nie zadaje pytań. Słucha. Ale jest rozdział, który prawdę mówiąc trochę mnie zadziwił, tak był odmienny w tonie od całej reszty. To fragment gdy Tochman przygląda się reakcji Kościoła na to co się działo. Być może to moje subiektywne wrażenie, ale nagle ulewa w nim się tyle złości, że posuwa się nie tylko do oskarżeń i dziwnych sugestii, ale nawet do bluźnierczo brzmiących linijek gdy najświętszy sakrament w tabernakulum przyrównuje do obecności diabła. Poetycka metafora? Może - chciał w ten sposób zaakcentować swój sprzeciw wobec tego, że ci którzy mordowali przystępują do komunii gorsząc swoje ofiary? Może chciał nas sprowokować aby zadać pytanie czy zwalenie winy na szatana, który prowadził ich umysły i serca, może być przyjęte jako usprawiedliwienie. Ale i tak dziwnie się to mi czytało. Nie oskarża w swej książce tak mocno nikogo - ani morderców, ani polityków, ani międzynarodowych sił rozjemczych, które nie kiwnęły palcem. Oskarża tylko duchowieństwo - o obojętność, ucieczkę, brak reakcji, ale też o podburzanie tłumów do mordowania. Na drugiej szali przytacza tylko jeden przykład ratowania i poświęcenia życia przez duchownych.
Dziwne. Rozumiem, że dziennikarze GW wyrastają w atmosferze "dokopania" za wszelką cenę Kościołowi, ale niech się bawią w to w swojej gazecie. Czemu również w książce Tochman nie może się uwolnić od swoich uprzedzeń i przestaje być obiektywny woląc uwierzyć cynicznemu wojskowemu, który zgadza się na rozmowę (przyznaje się m.in. do tego, że robili sobie zdjęcia przy zakopywaniu trupów, aby nikt ich później nie oskarżał o bezczynność), niż duchownemu, który nie chce o tym rozmawiać (gdyby to on robił sobie takie zdjęcia pewnie to też byłby dowód przeciw niemu, ale wojskowemu przecież można wybaczyć). Tchórzostwo? Do cholery! A kto wtedy miał odwagę być bohaterem? Tochman ma współczucie dla czarnoskórej ofiary gwałtu i nie pyta ją o nic, ale oczekuje, że zgwałcone siostry zakonne będą mu chętnie opowiadały o tym co przeżyły?
Warto przeczytać - nawet jeżeli kogoś podobnie jak i mnie zdziwi albo oburzy ton w jakim napisany jest ten jeden rozdział. Warto sobie stawiać różne pytania. Nawet jeżeli odpowiedzi nie zawsze udzielimy identycznych. Ta książka (znowu oprócz tego jednego rozdziału) to nie jest oskarżenie. Raczej świadectwa zebrane z różnych źródeł - cierpienie, ból, gorycz, chęć zapomnienia, albo brak umiejętności normalnego życia. I na tym warto się skupić - wtedy nie bije tak w oczy subiektywna ocena niektórych wydarzeń i punkt widzenia autora.
Ja mogę powiedzieć tylko szkoda. Bo ten ton jednego rozdziału okazuje się, dla wielu osób najbardziej wart zapamiętania. Niechęć do Kościoła narasta, a do tego co napisał autor potem dokłada się wyolbrzymiając kolejne okropieństwa. Chcecie przykładu? Tochman pisze o Pallotynach, którzy nie potrafili nic zrobić, uciekli i zabarykadowali się w swoim domu gdy przed ich kościołem mordowano ludzi, ale można znaleźć np. takie recenzje opisujące ten sam fragment książki:   
"Tochman dotarł nawet do polskich misjonarzy, którzy nawracali prymitywnych Rwandyńczyków z drogi zła na drogę wiary w Jezusa. Sami przychylili się do mordów, nie pomogli ofiarom w ucieczce czy w schronieniu. Nikt z dostojników kościelnych nie chce rozmawiać z pisarzem, fakty zostały ukryte i wymazane. Mury kościelne skrywają prawdę ociekającą ludzką krwią. W imię czego?".
I to jest też ważne pytanie. Po co i w imię czego przymykać oczy na bezradność i obojętność mediów, polityków, wojska (również międzynarodowego), a oskarżać tylko Kościół? Tragedia w Rwandzie domaga się pytań, ale warto by nie były one wybiórcze.

Pełna recenzja tutaj.

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz

Jeśli macie ochotę na książkę łatwą, miłą i przyjemną - lepiej trzymajcie się z daleka od reportażu Swietłany Aleksijewicz. Jeśli natomiast chcecie spojrzeć z innej strony na II wojnę światową i ujrzeć ją oczami kobiet, które walczyły w Armii Czerwonej - przeczytajcie.

Większość relacji wojennych, jakie znamy (przynajmniej tych, które ja znam), pochodzą od mężczyzn. Nieliczne kobiety, które się w tych opowieściach przewijają, najczęściej  pracowały w szpitalach polowych. Ale nie spotkałam się wcześniej z relacjami kobiet, które walczyły na pierwszej linii frontu, które były strzelcami, czołgistkami, artylerzystkami, snajperami czy lotnikami. W "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" takich opowieści jest kilkadziesiąt.

Autorce zależało, żeby odszukać i porozmawiać o wojnie z kobietami-żołnierkami, chciała poznać ich wspomnienia i zrozumieć emocje, które im towarzyszyły. Początkowo łatwo nie było - wiele kobiet nie chciało z nią rozmawiać. Wiele po prostu nie umiało o wojnie mówić - nikt wcześniej z nimi na ten temat nie rozmawiał, zakazywano im opowieści frontowych, zamykano im usta. O ile z wielu mężczyzn walczących na wojnie zrobiono bohaterów, o tyle w przypadku kobiet dla wielu taka frontowa przeszłość była problemem i obciążeniem.

Bohaterki książek bardzo się od siebie różnią, pochodzą z różnych zakątków ZSRR, różnie wyglądało ich przedwojenne życie. Ale jedno je łączy: zdecydowały się na ochotnika zaciągnąć do armii. I - co mnie zaskoczyło - czytając te wspomnienia wydaje się, że one rzeczywiście bardzo tego chciały, że to nie jest efekt propagandy, udawanie. Szły na wojnę, bo tak trzeba było ich zdaniem w tamtej chwili postąpić. Szły mając mętne wyobrażenie o tym, co je na tej wojnie czeka. 

Dostawały parę za dużych męskich butów i mundur. Szybko zapominały o swej kobiecości. Patrzyły na wojnę nieco inaczej niż ich koledzy - przez pryzmat kolorów, zapachów, emocji. Często same sobie chciały udowodnić, że one też mogą walczyć (często musiały też udowodnić to swoim przełożonym). jest w tych wspomnieniach coś niesamowitego, dlatego warto po tę lekturę sięgnąć. Choć nie ukrywam, że czyta się bardzo ciężko, że wiele razy miałam ochotę książkę odłożyć na bok i już do niej nie wracać. Ale wróciłam. I nie żałuję.

"Farby wodne" Lidia Ostałowska

Obóz koncentracyjny w Auschwitz-Birkenau kojarzy się przede wszystkim z zagładą Żydów, choć był miejscem, w którym znaleźli się także liczni przedstawiciele innych nacji. Jedynymi z bardziej pokrzywdzonych byli Romowie - i to jest jeden z głównych problemów poruszanych w "Farbach wodnych".

"Farby wodne" to reportaż o Dinie Gottliebovej - młodej Żydówce czeskiego pochodzenia, która w 1943 roku trafia do obozu. Dina była studentką akademii sztuk pięknych. Kiedy znalazła się w Auschwitz, miała malować numery na blokach. Wymalowała także jedną ze ścian - namalowała na niej Disneyowską Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków, by dzieci przebywające w obozie choć na chwilę mogły oderwać się od otaczającej ich rzeczywistości i przenieść się w kolorowy świat bajki. Jej talent został wykorzystany przez władze obozu - doktor Mengele, przeprowadzający odrażające eksperymenty na uwięzionych w obozie (to naprawdę bulwersujące, że taki człowiek uniknął jakiejkolwiek odpowiedzialności za swe czyny) poprosił ją, by malowała portrety "badanych" przez niego Cyganów. Jej akwarele były bowiem dokładniejsze, niż ówczesne fotografie. Dzięki temu zajęciu, Dinie udało się przeżyć.

Po wojnie wyjechała do Stanów, wyszła za mąż za Arta Babbitta, rysownika Disneyowskiego, sama też pracowała w owej sławnej wytwórni. Jej akwarele natomiast najpierw trafiły do jednego z uratowanych z Oświęcimia dzieci, następnie zaś zostały przekazane władzom muzeum KL Auschwitz-Birkenau. Dina w połowie lat 90-tych zażądała zwrotu namalowanych portretów i przez lata toczyła spór z muzeum. W dużej części reportaż Ostałowskiej dotyka właśnie tego problemu: kto jest prawowitym właścicielem portretów? Czy są one dowodem zbrodni i "dobrem wspólnym"? Czy powinny trafić do autorki/jej potomków? Osobiście uważam, że obrazy powinny pozostać z muzeum, że ważne jest by zachować zbiorową pamięć o wszystkim, co się tam wydarzyło. No ale zdanie w tej kwestii to rzecz indywidualna :-)

"Farby wodne" z pewnością nie są łatwą i przyjemną lekturą na upalne lato. Ale jak już aura stanie się przyjaźniejsza, to myślę, że warto po reportaż sięgnąć. Język, jakim jest napisany jest dość typowy dla tej tematyki - prosty, bez ubarwnień żadnych, nieoceniający. Wydanie wzbogacone jest też interesującym zestawem fotografii.

środa, 8 sierpnia 2012

Gunter Wallarff "Z nowego wspaniałego świata"



Günter Wallraff jest znanym niemieckim dziennikarzem, który zasłynął z uprawiania tzw. reportażu uczestniczącego, albo, jak kto woli- wcieleniowego.  Ta gałąź dziennikarstwa charakteryzuje się specyficznymi metodami researchingu. Reporter buduje swoją fikcyjną tożsamość, by mógł nierozpoznany wtopić się w środowisko, które jest przedmiotem eksploracji. W ten sposób zdobywa zaufanie i ma okazję zajrzeć pod podszewkę interesującego go zagadnienia.

Powiem szczerze, że mam ambiwalentny stosunek do tego typu metod. Po pierwsze powstaje pytanie- kto jest tak naprawdę bohaterem reportażu: reporter, czy postać, którą skonstruował? Czy nie jest to oszustwo względem innych osób, które dzielą się swoimi historiami? Czy dobry dziennikarz nie powinien używać innych środków, by ze swego bohatera wydobyć prawdę, albo ciekawą opowieść?

Wallraff jest efant terrible niemieckiego społeczeństwa. W książce „Z nowego wspaniałego świata", która ukazała się niedawno na polskim rynku, dziennikarz bada przede wszystkim niesprawiedliwość i łamanie praw człowieka w wielkich korporacyjnych firmach, w instytucjach państwowych oraz obnaża niemiecką ksenofobię i tendencje do faszyzmu.

Zapraszam na swojego bloga, gdzie dzielę się dalszymi wrażeniami

niedziela, 29 lipca 2012

J.-M. G. Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent

Jean-Marie Gustave Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent
Państwowy Instytut Wydawniczy

To moje drugie, a zarazem jakby pierwsze – bo totalnie inne – spotkanie z francuskim noblistą. Poprzednio sięgnęłam po bardzo wczesną (z 1970) powieść eksperymentalną WojnaTym razem inna forma, inna tematyka, inny styl: Raga. Le Clézio dużo podróżował i owocem tego są dość liczne książki podróżnicze. Raga na polskim rynku ukazała się w 2009 roku, a powstała trzy lata wcześniej, więc od Wojny upłynęło niemało czasu i wiele się w pisarstwie Le Clézio zmieniło.

W swojej książce autor zabiera nas w podróż na wyspy Oceanii, nazywanej niewidzialnym kontynentem: bo niedocenianym, niedostrzeganym, rozproszonym. Jak można się jednak spodziewać, nie jest to zwykła książka podróżnicza. Jest tu historia, opowieści, mit, obrazy i odczucia, zawsze jakby w migawkach i urywkach: trochę tu, trochę tam, a wszystko na zaledwie stu dwudziestu stronach. Nie znaczy to, że zapiski są pobieżne: przeciwnie, wiele w nich informacji, są one za to skondensowane i bazują na domniemanej wiedzy czytelnika. A jednocześnie wszystko jest jakby ujrzane w mgnieniu oka: i już ledwo dojrzana, muśnięta, Raga się oddala.


Dalej

środa, 25 lipca 2012

Jacek Hugo Bader "Dzienniki kołymskie"



Trakt Kołymski liczy ponad dwa tysiące kilometrów. Trasa zaczyna się w Magadanie i kończy w Jakucku. To tereny zupełnie niesprzyjające człowiekowi, okryte haniebną historią. To wzdłuż traktu ciągnęły się lagry, w których więźniowie zmuszani byli do katorżniczej pracy przy wydobyciu złota. Kołyma pochłonęła tysiące istnień. Ostatnia książka Jacka Hugo-Badera pt. „ Dzienniki kołymskie" to zapis podróży jaką odbył autor wzdłuż Traktu Kołymskiego. Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach".

Jedynym środkiem transportu, który w takich warunkach jest dostępny to autostop. A wiadomo- dla reportera wsiąść do samochodu byle jakiego to przecież gotowy materiał na reportaż.  Ta książka jest w zasadzie o takich ludziach - paputczikach, czyli towarzyszach podróży, których spotykasz tylko raz w życiu, dlatego ich opowieści są szczere, choć często koloryzowane. Taki paputczik opowie Ci kawał swojego życia, wygada się , opowie o takich rzeczach, o których nigdy nikomu znajomemu by nie opowiedział. Natomiast tutaj jest ten komfort psychiczny, że osoby słuchającej już nigdy nie spotkasz- a to skłania do zwierzeń.

Do przeczytania dalszych wrażeń z lektury zapraszam do Kącika z książkami

sobota, 14 lipca 2012

Wypalanie traw


Wojciech Jagielski
Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
304 strony

Ventersdorp, burskie miasteczko na stepie Transwalu, przez lata było ostatnią ostoją apartheidu, opierającą się przemianom, jakie następowały w całej Republice Południowej Afryki. I twierdzą Eugena Terre'Blanche'a, charyzmatycznego przywódcy Burów przeciwstawiających się nowym porządkom. Wraz z wygraniem wyborów przez Nelsona Mandelę i Afrykański Kongres Narodowy do władzy doszli czarni mieszkańcy RPA, w pierwszych w życiu wyborach wybierali swoich przedstawicieli: prezydenta, burmistrzów, radnych. W Ventersdorpie także wybrano czarnego burmistrza, czarnych radnych. Jednak przejęcie przez nich władzy było tylko pozorne, dalej niekwestionowanym, samozwańczym królem miasteczka pozostał Terre'Blanche.
Stojąc na czele Afrykanerskiego Ruchu Oporu zyskał sławę w całym kraju i stał się postrachem bardziej może nawet dla białych - Anglików i burskich zdrajców, jak nazywał tych, którzy opowiadali się za zniesieniem apartheidu – niż dla czarnych. On sam nie uważał się zresztą za rasistę, a jedynie za zwolennika starego porządku, według którego każdy ma żyć osobno, biali, czarni, Burowie, Anglicy, Hindusi. A kiedy już przekonał się, że nie wygra, ograniczył walkę do żądań wydzielenia dla Burów odrębnego państwa na terenach Transwalu. Nie przebierał w środkach, jego afrykanerska armia to nie byli zwykli zadymiarze, nie były im obce akty przemocy, a nawet zabójstwa. Jednak wodzowi długo udawało się wykpić od odpowiedzialności najwyżej grzywną. W końcu trafił do więzienia, opuszczał je jednak jako bohater, może nie dla wszystkich, ale dla białych mieszkańców Ventersdorpu na pewno. Tu nadal był wodzem, panem, tu nadal mógł wszystko. Do czasu.
4 kwietnia 2010 roku Eugene Terry'Blanche został zabity na swojej rodzinnej farmie pod Ventersdorpem. Nie zginął z rąk przeciwników politycznych, nie zginął w walce ani za swoje idee. Zatłukło go metalowym prętem dwóch czarnych robotników, którym był winien pieniądze.

W swym fabularyzowanym reportażu Wojciech Jagielski w pasjonujący sposób przybliża czytelnikowi historię RPA i dzieje południowoafrykańskiego systemu segregacji rasowej. W tym kraju przez dziesięciolecia miejsce jednostki w społeczeństwie, jej rolę, szanse na przyszłość wyznaczał zapis dokonywany tuż po urodzeniu w Wielkiej Księdze Rejestru. To on decydował, gdzie kto ma mieszkać, pracować, kogo może kochać.
Przemiany dla białych oznaczały utratę uprzywilejowanej pozycji, a dla czarnych nie tylko nadzieję na polepszenie losu, ale może nawet na wzięcie odwetu za lata poniżeń. Wypalanie traw opowiada, co te przemiany tak naprawdę przyniosły.
Wojciech Jagielski to dla mnie jeden z najlepszych naszych reporterów. Bardzo mi odpowiada, że nie ogranicza się jedynie do przedstawienia niektórych zjawisk, wycinków rzeczywistości z kraju, o którym pisze, lecz ukazuje go całościowo, wprowadzając czytelnika w temat od podstaw. A do tego zagadnienia, które podejmuje, choć odnoszą się do konkretnego czasu i miejsca, mają wymiar uniwersalny. Pod tym względem jego książki są podobne.
Podoba mi się też sposób, w jaki Jagielski pisze, to, że jego reportaż ma postać nieco fabularyzowaną. W Wypalaniu traw poszedł w tym kierunku najdalej, jak dotąd. Właściwie można by zastanawiać się, czy książka ma w sobie więcej z powieści, czy z non-fiction. Jego bohaterowie, to ludzie żyjący naprawdę, wydarzenia, o których pisze, są autentyczne, ale książka posiada fabułę, a szczegółowość przeżyć występujących w niej postaci, pewna intymność ich wrażeń, myśli, bliższa jest jednak literaturze fikcji niż faktu. Jednakże owa powieściowa forma książki w żadnej mierze nie odbiera opisowi wiarygodności, za to w wysokim stopniu podnosi jej atrakcyjność. 

Więcej na moim blogu. Zapraszam.