
Wychowany w Kenii Bułgar, który ukończył tam niemiecką szkołę, a potem mieszkał w Indiach, Azji, Afryce, by osiąść we Wiedniu wydał zbiór swoich reportaży, pisanych w latach 1981-2007. Moje wrażenia z lektury opisuję na moim blogu.


„Myli się ten, kto sądzi, że to trzy plemiona. Tak może było wieki temu, na początku, a nawet przed początkiem, kiedy Rwanda jeszcze nie istniała. Ale od stuleci jest to jedna wspólnota, jeden naród Banyarwanda. Wszyscy mówią tym samym językiem, w to samo wierzą, tak samo jedzą, tak samo budują obejścia i tak samo mieszkają. Na tej samej ziemi”1.
„Sygnał do rozpoczęcia tego, co niewyobrażalne. Nikt nie mógł sobie wyobrazić, co stanie się tu w ciągu najbliższych stu dni. Ani przyszłe ofiary, ani chyba sprawcy. Choć ci ostatni od wielu miesięcy czynili staranne przygotowania: tych, którzy byli Tutsi, radio nazywało karaluchami. Bo ci, którzy byli Hutu, mieli w swych sąsiadach zobaczyć jedynie pełzające robactwo. Ono zagraża, ale można je zabić. Jednym prostym ruchem. Dlatego za państwowe pieniądze sprowadzono z Chin kontenery pełne tanich błyszczących maczet. Sporządzano listy Tutsich. Ale i listy Hutu, tak zwanych umiarkowanych, po których spodziewano się sprzeciwu wobec tego, co było planowane. Tysiące Hutu, potem setki tysięcy, zjednoczyły się wokół jednego celu; zetrzeć Tutsi z powierzchni ziemi.”2.

W ramach wyzwania Reproterskim Okiem, a także dzięki znajomym paniom - dla których przynoszę książki z biblioteki, a które z powieści obyczajowych postanowiły przerzucić się na lektury podróżnicze - moja biblioteczka wzbogaciła się o kilka tomików reporterskich. Wśród nowości znalazła się „Blondynka w Peru” Beaty Pawlikowskiej. Książeczka jest niewielkich rozmiarów i zawiera zapiski z podróży dziennikarki i podróżniczki do kraju Inków.